poniedziałek, 27 lipca 2020

Jak zamienić dzień-jak co dzień w niezapomniany dzień niezwykłości – czyli o tym jak bycie niepodejrzliwym pozwala poczuć się szczęśliwym jak dziecko 😊




W sobotę obchodziłam okrągłe urodziny – szczerze mówiąc nie przywiązuję specjalnej uwagi do takich dat, ale w tym roku miałam poświętować w gronie najbliższych mi Ludzi. Pandemia pokrzyżowała plany i „przełożyłam” w głowie, i w kalendarzu, uroczystość na wrzesień, ze względu na zagrożenie części Bliskich mi Osób - na czas, „ze szczepionką”, by mogły spokojnie i bezpiecznie BYĆ… 
Moje Córki zaplanowały, że popołudnie spędzimy na rodzinnym grillu, a ja zostałam zabrana przez Piotra na urodzinowy obiad i wyekspediowana na krótką wycieczkę – bym nic w tym dniu nie robiła… Pomyślałam – jakie mam dobre dzieci, zapewne Magda chce przygotować tort urodzinowy (i tu się akurat nie myliłam). Pierwszy dzwonek powinien mi się zapalić, gdy wróciliśmy nieco wcześniej niż mieliśmy… z domu wyskoczyła zdenerwowana Magda „wypychająca nas” na kolejne półgodziny i nakazująca bym już na początku naszej ulicy założyła na oczy chustkę. Na podwórku stał nieznany mi samochód z krakowską rejestracją… Pomyślałam jest niespodzianka – i zaczęłam w głowie układać puzzelki z przeprowadzanych przez Magdusię ze mną ostatnio rozmów, z których dziwnie układał się „plan w postaci” lot balonem – Pomyślałam oho weryfikacja czyli czy sprawdzenie czy kardiolog miał rację – przetestuj serce matki! Nogi z lekka się pode mną ugięły… ale przecież sama stwierdziłam, że z harcowych rzeczy to tylko to bym zrobiła, bo piękne widoki zrekompensowałyby mi mój strach… 
Wróciliśmy tym razem „o czasie”, chustkę założyłam grzecznie nawet wcześniej, a z auta wyprowadziła mnie Magda, prowadząc na taras (poznałam trasę) i tu powitało mnie śpiewane na wiele (!) głosów 100 lat! A wśród nich jeden wybijał się szczególnie, nie do podrobienia – głos Łukasza… Jednak dopiero, gdy Magda zdjęła mi chustkę odjęło mi mowę i tylko łzy czułam jak ściskają mi gardło i cisną się od oczu… 
Kochani, dziękuję Wam za ten cudowny czas… za to, że nie bacząc na zagrożenia Wojtek, Basia przyjechaliście by ze mną BYĆ, że mimo ogromnych odległości Łukasz, Dominika i cudna Tosia byliście ze mną… Sebastian wybaczam Ci ściemy, że daleko do mnie z Winnej Góry i nie dasz rady, bo ze względów ważnych, różnych nie możesz ani zabrać ani zostawić Ani i Gai (chyba nawet we wrześniu jak twierdziłeś to za wcześnie!), Kochana Ewuniu i Tobie wybaczam, że kilka godzin wcześniej umawiałaś się na wrześniowe spotkanie bo teraz za duże ryzyko! Alu Kochana ściemniałaś z zimną krwią, że zobaczymy się może w Cieszynie jak wróci nasz Ola… Basia nie zadzwoniła w sobotę, ale umówiła się jeszcze w piątek ze mną na poniedziałek na krótkie spotkanie by „uściskać”. A ja jak dziecko uwierzyłam we wszystkie deklaracje i pogodziłam się z tym „wrześniem”… 

Dziękuję Wam za to, że JESTEŚCIE, za to, że poczułam się wyjątkowo i sprawiliście, że te urodziny były najpiękniejszymi jakie dotąd miałam 😊 Dziękuję za cudne życzenia od tych, którzy nie byli, nie mogli przyjechać, a nagrali życzenia: Przemek czekam na Ciebie (zabieraj Kasię i przyjeżdżajcie), Alu Kochana – wiem, że plany zawodowe Roberta pokrzyżowały przyjazd, ale my tu na Was czekamy, Justynko dziękuje za wspaniałe życzenia i serdecznie zapraszam Ciebie i Jarka do nas 😊 Oleńko Kochana – nie było Ciebie fizycznie z nami, ale nawet nie wiesz jak bardzo byłaś obecna – czekam na Ciebie… 

Chciałam podziękować Waszym Bliskim, którzy Was przywieźli do mnie, odwieźli, zadbali byście mogli spokojnie spędzić to popołudnie i wieczór w Warszowicach 😊 Aniu, Dominiko, Adamie, Marcinie… Miały być i inne ważne dla mnie Osoby - Agnieszka i Magda dotarły do wielu ważnych dla mnie Ludzi, które nie mogły z różnych życiowych często (Justynko nadrobimy na pewno 😊 powodów dotrzeć do nas. Całe to moje dziecinne szczęście było możliwe za sprawą dwóch fantastycznych Córek – Agnieszki i Magdy, które postanowiły zrobić mi taką wspaniałą niespodziankę. Dziękuję za Wasze zaangażowanie, wsparcie, pomysłowość, Magdziu za najpiękniejszy tort pod słońcem i zadbanie o wszystko bym się nie domyślała, zadbanie o to co przed, w trakcie i po... Dziękuję sztabowi „męskiemu” czuwającemu nad innymi aspektami imprezy – Linocln, Przemek, Piotr. 

Moi Kochani to za Waszą sprawą były cudowne, niezapomniane chwile 😊... 

 a we wrześniu zapraszam na imprezę, która tym razem ja przygotuję :)

środa, 29 listopada 2017

Kolory(t) Australii. Ziemia



Gabrysi słowa motywują mnie do pisania. Tematy kłębią się we mnie i w efekcie nie wiem, który z nich powinien być kolejnym. Najbardziej grają mi ostatni kolory. Australijskie odcienie nieba, ziemi i wody. Pomijam tu kolory wiosny odciśniętej w kwiatach – te powinny być potraktowane oddzielnie z należnym im szacunkiem i możliwością przyjrzenia im się w temacie dotykającym kolorów płatków i odcieni liści.

A więc zapraszam bardziej na obrazy niż na słowa, bo chyba tylko Pan Grzegorz H. potrafił by oddać w odpowiedni sposób przedziwne piękno tej ziemi, wody i nieba. Dziś część I…


Ziemia

Tutejsza ziemia ma mnóstwo odcieni. Jedna z moich pierwszych obserwacji w Perth to było zadziwienie związane z wszechobecnym piaskiem, w który wtłaczane są hektolitry życiodajnej wody by ożywić przydomową przestrzeń. Widać w tym wysiłek i ukryte tęsknoty poszczególnych właścicieli, którzy sadzą przy domu róże, pelargonie, kwiaty i krzewy bynajmniej nietutejsze. Rozkwitają one pięknie, bujnie obdarzając swoich właścicieli kolorami. Wystarczy jednak niewielkie zaniedbanie. Brak właścicieli, a ziemia pokazuje kto tu rządzi. Obumierają stopniowo wszystkie emigranckie rośliny. Zostają tutejsze – nawykłe do surowych warunków, do tego co kryje dla nich w sobie tutejsza ziemia. Przy pierwszym pobycie patrzyłam na opuszczone domy właśnie w taki sposób – odbudowywania tego co tu jest przyrodzone poprzez stratę tego co wprowadzone sztucznie. Odliczałam od ilu miesięcy domy stoją puste po uschniętych kwiatach, krzewach, drzewach… I taka mnie nachodzi refleksja, że ze mną byłoby tu podobnie. Ostatnio tak wiele osób mnie pytało (na Uniwersytecie, przystanku, w autobusie) czy chciałabym tu zostać… I każda z tych osób była zaskoczona moja negatywną odpowiedzią. A ja wiem, że to ziemia nie dla mnie… nie o tym jednak chciałam pisać :)




Tutejsza ziemia ma tyle odcieni i tak bardzo różni się od naszej. W miejscach, do których trafiłam dominują odcienie czerwieni i żółci. 



Co ciekawe łatwiej tu znaleźć totalnie białą ziemię – na niezwykłych wydmach okalanych ze wszystkich stron buszem i czerwoną ziemią, co wygląda jak śnieżne góry otoczone przygaszoną zielenią, niż ziemię w kolorach nam bliskich.




Są też miejsca z ziemią – nie-ziemią… jak gigantyczna, biała plaża stworzona przez naturę z maleńkich muszelek. Bynajmniej nie jest to warstwa powierzchowna, lecz na kilka metrów w głąb… Tu nic nie rośnie. Za to jest piękny efekt kolorów ziemi – wody i nieba…









Czerwone drogi. Wytyczone ręką człowieka. Rozdzielające niebywałe przestrzenie ziemi pokrytej skąpą roślinnością, w którą nikt nie próbuje nawet dosadzać czegoś nietutejszego. 






Ziemia skalno-kamienista – mieniąca się wszystkimi odcieniami od żółci do czerwieni. 


W kontraście z błękitem nieba, rozpalona słońcem – piękna, ale nawet wówczas, gdy zachwyca swoją urodą daje odczuć jak bardzo jest niebezpieczna dla takich intruzów (zwłaszcza przemierzających Australię na boso lub w klapkach jak ja ;)






I wreszcie niebywałe żółte przestrzenie piasku i piaskowych (s)tworów w Pinnacles Desert. Znowu zachwycające miejsce, niezwykła ziemia, ale tylko w sytuacji krótkiego, turystycznego pobytu z zapasem wody…





W trakcie pobytu tu towarzyszy mi nieustannie refleksja ile trzeba było włożyć wysiłku, determinacji by próbować tu żyć, oswoić naturę – tak jak robili mieszkający tu Aborygeni… a ile walki stoczyli z tą ziemią kolonizatorzy, którzy próbowali i próbują ją okiełznać, przerobić na własne potrzeby. Wystarczy jednak „chwila” by natura wzięła górę – jak w przypadku pozostawionych naturze ogrodów czy domów…  

niedziela, 26 listopada 2017

Curtin University - przestrzeń dla studentów i pracowników



Curtin University jeden z Uniwersytetów w najbardziej samotnym mieście świata. Zachwycił mnie od pierwszego wejścia na teren campusu. Mimo tego, że spędzam tu już kolejny listopad kolejnego roku, dalej jestem pod ogromnym jego urokiem. Nasze europejskie uniwersytety mają wielowiekową tradycję. W starych budynkach naszego krakowskiego UJ, Uniwersytetu Wiedeńskiego czy praskiego Uniwersytetu Karola dotykamy historycznych murów, chodzimy po budynkach, które mają po kilkaset lat, ze świadomością kim byli najwybitniejsi absolwenci. Kilka miesięcy temu byłam w jednym z budynków UJ na Grodzkiej – surowe ściany, piękne kaflowe piece i przestrzeń mało miła. Zimna. Jakby władze Wydziału chciały tym przekazać swoim studentom i pracownikom – tu ważne jest coś innego (w domyśle wiedza, poznanie), a nie to czy się tu dobrze czujecie…

Tu jest zupełnie inaczej. 




Uniwersytet jest bardzo silnie powiązany z przemysłem i innowacjami. Jest to widoczne na każdym kroku.

To największa, wielokulturowa uczelnia w Zachodniej Australii, w której studiuje ponad 52 000 studentów spośród których na pewno ponad 1/3 to osoby pochodzące spoza Australii (chociaż będąc na zajęciach odnosiłam wrażenie, że więcej niż połowa to tylko czasowi mieszkańcy tego kontynentu).



Prawdziwe miasteczko studenckie, w którym dba się o komfort studentów i pracowników. 



Oprócz stacjonarnych barów w porze lunchu zjawiają się objazdowe busy z kuchnią z całego świata – wszak studenci to osoby reprezentujące różne kręgi kulturowe i tym samym mający różne preferencje kulinarne.






Na terenie Campusu są sklepy (oczywiście księgarnie też), sklep komputerowy, poczta, bank, ale też na przykład jest fryzjer :)

Mimo tego, że Campus to mnóstwo budynków nie ma się tego wrażenia ani wchodząc na teren Uniwersytetu ani patrząc na niego z góry. 




Wszystko zostało bowiem bardzo mądrze zagospodarowane. Można odnieść wrażenie, że budynki zostały wbudowane w ogromny park podzielony na różne przestrzenie wewnętrzne. Wypełnione piękną roślinnością. 









Każdy zakątek ma swój klimat i nie przypomina pozostałych. W efekcie mimo mnóstwa studentów nie ma się wrażenia, że jest się w tłumie ludzi. Jeśli ma się ochotę na odpoczynek w większej lub mniejszej grupie są do tego specjalne strefy relaksu – umieszczone pod drzewami lub zabezpieczone od słońca parasolami. Zanim studenci przyjdą na Uniwersytet cały sztab ludzi na tej ogromnej przestrzeni zaczyna dbać o to by czuli się tu komfortowo. 







Pracownicy i studenci są tu u siebie. I nie jest to tylko pusto brzmiący slogan, ale fakt. Nawet jako „czasowy pracownik” mam do swojej dyspozycji oddzielny pokój, komputer, sprzęt bym mogła w komfortowych warunkach pracować. W każdej chwili mogę pójść po papier i materiały biurowe (bez składania zapotrzebowania w systemie SAP i czekania na to kilka miesięcy – w nadziei, że otrzymam to co zamówiłam…). Przemiła Pani Sekretarka sprawdza czy na pewno mam taką kawę jaką chciałam i pyta czy może w czymś pomóc. Inny świat…

Ale wracając do przestrzeni…

To co dla mnie jest czymś zachwycającym (poza przyrodą) to tutejsza biblioteka. I znowu ta sama uwaga – dla pracowników i studentów: dostosowana do ich potrzeb, oczekiwań. Ulegająca zmianie wraz z tym co staje się istotne w kontekście korzystania ze zbiorów. Ogromny budynek, który – mimo, że całe zbiory są zdygitalizowane – tętni życiem. Studenci tu się uczą, spędzają czas i mają zapewnione komfortowe warunki do pracy. Każde piętro ma swój klimat – od otwartej, kawiarniano-dyskusyjnej części parterowej – do najwyższego piętra z wydzielonym kabinami do pracy w ciszy. Możliwość wypożyczenia i znalezienia sobie interesującej pozycji (na bieżąco), dostęp do komputerów, salek do pracy grupowej (bo przecież niektórzy tak wolą się uczyć). I może to brzmi niewiarygodnie – biblioteka tuż przed i w trakcie sesji jest czynna przez 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę! Jak podkreśliła mi w trakcie mojej pierwszej tu wizyty (3 lata temu pani kierownik) – stopniowo czas był wydłużany, bo zauważyli, że takie są oczekiwania studentów. W efekcie od kilku lat są dostępni dla nich w tym „gorącym” czasie non stop… 




I jeszcze na koniec zdjęcie z biblioteki przyszłości – bo i taka część tu jest.




W zasadzie mogłabym pisać jeszcze długo o samej przestrzeni campusu – bo dzieje się tu też dużo w zakresie kultury sztuki. Są organizowane festiwale, wystawy…  A wszystko to po to, by w odpowiednim klimacie lepiej się uczyło i pracowało… Nie przeniesiemy do naszych warunków australijskiej przyrody. Nie chodzi też o bogate wyposażenie i zaplecze do prowadzenia dydaktyki...  warto byłoby jednak pomyśleć o tym co zrobić, by studenci i pracownicy czuli się dobrze w przestrzeni swoich uczelni. By nie mieli poczucia, że są w różnych miejscach uniwersytetu intruzami… ale to temat do innej dyskusji