Gabrysi słowa motywują
mnie do pisania. Tematy kłębią się we mnie i w efekcie nie wiem, który z nich
powinien być kolejnym. Najbardziej grają mi ostatni kolory. Australijskie
odcienie nieba, ziemi i wody. Pomijam tu kolory wiosny odciśniętej w kwiatach –
te powinny być potraktowane oddzielnie z należnym im szacunkiem i możliwością
przyjrzenia im się w temacie dotykającym kolorów płatków i odcieni liści.
A więc zapraszam bardziej
na obrazy niż na słowa, bo chyba tylko Pan Grzegorz H. potrafił by oddać w
odpowiedni sposób przedziwne piękno tej ziemi, wody i nieba. Dziś część I…
Ziemia
Tutejsza ziemia ma mnóstwo odcieni. Jedna z moich pierwszych obserwacji w Perth to było zadziwienie
związane z wszechobecnym piaskiem, w który wtłaczane są hektolitry życiodajnej
wody by ożywić przydomową przestrzeń. Widać w tym wysiłek i ukryte tęsknoty
poszczególnych właścicieli, którzy sadzą przy domu róże, pelargonie, kwiaty i
krzewy bynajmniej nietutejsze. Rozkwitają one pięknie, bujnie obdarzając swoich
właścicieli kolorami. Wystarczy jednak niewielkie zaniedbanie. Brak
właścicieli, a ziemia pokazuje kto tu rządzi. Obumierają stopniowo wszystkie emigranckie
rośliny. Zostają tutejsze – nawykłe do surowych warunków, do tego co kryje dla
nich w sobie tutejsza ziemia. Przy pierwszym pobycie patrzyłam na opuszczone
domy właśnie w taki sposób – odbudowywania tego co tu jest przyrodzone poprzez stratę
tego co wprowadzone sztucznie. Odliczałam od ilu miesięcy domy stoją puste po
uschniętych kwiatach, krzewach, drzewach… I taka mnie nachodzi refleksja, że ze
mną byłoby tu podobnie. Ostatnio tak wiele osób mnie pytało (na Uniwersytecie,
przystanku, w autobusie) czy chciałabym tu zostać… I każda z tych osób była
zaskoczona moja negatywną odpowiedzią. A ja wiem, że to ziemia nie dla mnie…
nie o tym jednak chciałam pisać :)
Tutejsza ziemia ma tyle
odcieni i tak bardzo różni się od naszej. W miejscach, do których trafiłam
dominują odcienie czerwieni i żółci.
Co ciekawe łatwiej tu znaleźć totalnie
białą ziemię – na niezwykłych wydmach okalanych ze wszystkich stron buszem i czerwoną
ziemią, co wygląda jak śnieżne góry otoczone przygaszoną zielenią, niż ziemię w
kolorach nam bliskich.
Są też miejsca z ziemią –
nie-ziemią… jak gigantyczna, biała plaża stworzona przez naturę z maleńkich
muszelek. Bynajmniej nie jest to warstwa powierzchowna, lecz na kilka metrów w
głąb… Tu nic nie rośnie. Za to jest piękny efekt kolorów ziemi – wody i nieba…
Czerwone drogi. Wytyczone
ręką człowieka. Rozdzielające niebywałe przestrzenie ziemi pokrytej skąpą
roślinnością, w którą nikt nie próbuje nawet dosadzać czegoś nietutejszego.
Ziemia skalno-kamienista –
mieniąca się wszystkimi odcieniami od żółci do czerwieni.
W kontraście z błękitem nieba,
rozpalona słońcem – piękna, ale nawet wówczas, gdy zachwyca swoją urodą daje
odczuć jak bardzo jest niebezpieczna dla takich intruzów (zwłaszcza przemierzających
Australię na boso lub w klapkach jak ja ;)
I wreszcie niebywałe
żółte przestrzenie piasku i piaskowych (s)tworów w Pinnacles Desert. Znowu zachwycające
miejsce, niezwykła ziemia, ale tylko w sytuacji krótkiego, turystycznego pobytu
z zapasem wody…
W trakcie pobytu tu
towarzyszy mi nieustannie refleksja ile trzeba było włożyć wysiłku, determinacji
by próbować tu żyć, oswoić naturę – tak jak robili mieszkający tu Aborygeni… a
ile walki stoczyli z tą ziemią kolonizatorzy, którzy próbowali i próbują ją
okiełznać, przerobić na własne potrzeby. Wystarczy jednak „chwila” by natura
wzięła górę – jak w przypadku pozostawionych naturze ogrodów czy domów…

