sobota, 18 kwietnia 2015

Petersburskie przygody czas zacząć ;)

No i już…

Chyba jeszcze nigdy nie jechałam nigdzie z takim sceptycznym nastawieniem i obawami. Nie wiem co było/jest tego przyczyną – może wcześniejsze doświadczenia z pobytu TU miesiąc w ubiegłym roku? Zaostrzająca się sytuacja polityczna i siedzące z tyłu głowy wątpliwości czy, aby to dobry kierunek. Nakładające się z nieustannymi pytaniami od Znajomych, Przyjaciół, Rodziny: Nie boisz się… ? Do tego ten kolejny powrót w fazę wczesnego przedwiośnia – dla mnie wiecznego zmarzlucha wyglądającego z utęsknieniem oznak wiosny, czekającego na coraz mocniejsze słońce, cieszącego się z coraz wyższych temperatur kolejny powrót w taką fazę już nie-zimy a jeszcze nie-wiosny… A może to wszystko po trochu? Może to taka składanka drobnych negatywnych emocji budujących wachlarz sceptycyzmu. Jest jak jest. Od środy staram siebie sama nastawić inaczej…

 Mam przecież powody do czerpania radości z podróży. Pierwszym atutem, niewątpliwie największym i najmilszym jest moja Współtowarzyszka – nie wiem ile to już kilometrów wspólnie przelatałyśmy – cierpiąc na tą samą przypadłość – pilnowania pilota i powietrznej bezsenności. Miłe jest nawet to, że razem nam nie pomagają w przezwyciężeniu tego trunki (różnych próbowałyśmy w tych podniebnych okolicznościach przygody), mijające godziny i chrapiący w najlepsze współtowarzysze. Wspieramy się dzielnie licząc życzliwie, że Współtowarzyszka w końcu zaśnie a może i mnie w końcu łagodny Morfeusz czy chociaż Hypnos weźmie w ramiona…

Cieszę się na kolejne wspólne nasze zwiedzania - przemierzyłyśmy razem mnóstwo kilometrów na dwóch kontynentach (w tym roku podbijamy latem trzeci). Zdeptałyśmy mnóstwo tras znanych wszystkim turystom, ale obie tak samo lubimy zbaczać ze znanych ścieżek, planować coś z rozmysłem (tu Mistrzem jest Ewa) lub spowodować niespodziewany „zabłąd” (tu góruję ja) - i czerpać z tego poznawania świata przyjemność. W Petersburgu mamy jeszcze do obejrzenia kilka miejsc, w których nie byłyśmy, spojrzenia na miasto z góry, obejrzenia ogrodów (czynnych od 1 maja).

Na pewno będziemy wspólnie degustować klimat rosyjski – wracając do znanych smaków, poszukując nowych. Będziemy wieczorami snuć dywagacje na rozliczne tematy i tęsknić. Tęsknić będziemy ogromnie! Za Rodziną, Przyjaciółmi, znajomymi… ja jeszcze za swoimi zwierzakami, ale też za polskim klimatem - i tym związanym z aurą, jak i tym z Ludzkim ciepłem, bo co jak co, ale jedno i drugie w Rosji inne...
A więc zapraszam na wirtualne do- lub po- znawanie Rosji :) będą wpisy tematyczne, ale i takie spontaniczne o wszystkim, a więc o NAS

***

Zaczęłam pisać post (hmm nie wiem czy na blogu też tak sie to nazywa) zaraz po przyjeździe, ale tak wiele rzeczy się dzieje, że nie byłam w stanie go dokończyć. Ma to swoje plusy - miło otrzymywać listy od Przyjaciół z zapytaniami czy i jak jest, miło wiedzieć, że gdzieś tam jest Ktoś (w liczbie mnogiej czyli Ktosie;) czekający na wieści.

Po kolei zatem - zapewne wielu naszych Bliskich czekało z napięciem, czy przypadkiem któraś z nas znowu nie okaże się elementem podejrzanym i nie zostanie posądzona o kontrabandę. Na szczęście nie - ani ludzie ani zwierzęta (przynajmniej na granicy) nie posądziły nas o czyny karalne. Trochę z obawą czekałam na nasze bagaże,  w których sporą część spośród 23 kilogramów wagi zajmowały artykuły zabezpieczające nasz pobyt. Odetchnęłam z ulgą po otwarciu - z głodu nie pomżemy! Co rano i każdego wieczora ciepło myślimy o Oli i Jej Mężu, którzy z troską zadbali o nasze podniebienia, a do tych myśli dołączają się nasi czescy Partnerzy. No właśnie PARTNERZY - można mieć oczywiście różne skojarzenia z tym określeniem, które nieustannie w tych naszych wyjazdach się pojawia. Do tego po raz pierwszy tak mocno grupę zdominowali mężczyźni. Ma to swoje plusy, ale i w związku z tym zdarzają niespodziewane historie ;)

Jeszcze na lotnisku spotkałyśmy naszego zaprzyjaźnionego Profesora Jozefa wraz z towarzyszącym Mu Milanem, który dołączył nie dawno do projektu. Wiedziałyśmy, że w Jozefie mamy przedniego towarzysza i dyskusji naukowych, ale i do spędzania czasu wolnego. Miałyśmy nadzieję, że dzięki Niemu uda nam się zobaczyć Petersburg nocą (w ubiegłym roku bałyśmy się w dwójkę włóczyć nocami po mostach i ulicach miasta). Co do Milana u było więcej znaków zapytania, ale okazał się fantastycznym kompanem - do tego łamiącym totalnie stereotyp Czecha w zakresie np. wizerunku. Wieczory jak dotąd spędzamy wspólnie dyskutując o niuansach życia naukowego, ale też planując sobie czas wolny by coś wspólnie zwiedzić.
Wczoraj po południu poznałyśmy Partnerów z Hiszpanii. Najliczniejszy team z Extramadury liczy 6 osób - cztery poznałyśmy w roku ubiegłym, a w tym przyjechali dwaj panowie. Tu najbardziej byłam ciekawa jak też wygląda w realu ten Иглесиас - Enrique Iglesias! Kilka razy czytałam ten zapis po rosyjsku czy aby "bukwy" nie płatają mi figla zestawiając się w znane nazwisko. Enrique okazał się miłym starszym panem - synem - tu uwaga nie jest to bynajmniej żart - Julio Iglesiasa :) Jak nam powiedział tak na prawdę to on (ponieważ jest starszy) jest tym prawdziwym Enrique Iglesiasem, a ten drugi to już podróbka ;) Ciekawy zbieg okoliczności. W każdym razie Enrique dostarczył nam sporej dawki emocji i to bynajmniej nie ze względów na swoje pochodzenie czy umiejętności wokalne...

Ponieważ spotkaliśmy się w siódemkę wieczorem spontanicznie powstał pomysł, by się wybrać na wieczorne zwiedzanie Peresburga. O walorach widokowych napiszę później...  W każdym razie pojechaliśmy metrem do miasta, tam poszliśmy ze stacji Gostinnyj Dwor w kierunku Ermitażu, a potem w planach na Wsiljewską Wyspę. Klimat niestety przez ten rok w Petersburgu nie zmienił się - w dalszym ciągu stoję na stanowisku, że autor powiedzenia "piździ jak w kieleckim" nigdy nie opuścił pięknej ziemi świętokrzyskiej lub nieświadomie użył określenia "piździ" na opis lekkiego zefirku, który chwilami może być uznany na dokuczliwy. Tymczasem tu wiatr jest tak przenikliwy, że mimo kilku warstw ubrania ma się wrażenie, że chce dotknąć każdego zakamarka ciała  - przynajmniej o tej porze roku. Doszliśmy na rozświetlający się dla nas jak na zawołanie mostu i większość z nas uznała (zwłaszcza patrząc na Enriqua), że czas gdzieś usiąść, napić się czegoś ciepłego i wrócić do hotelu. Milan i Enrigue są palaczami więc po drodze od czasu do czasu zanurzali się w rozmowie po niemiecku i chmurze dymu, a my nadawaliśmy tempo grupie wypatrując jakiegoś lokalu (bynajmniej nie tego tak mile kojarzącego się z Pragą...), w którym ceny nie poraża nas na wejściu. W efekcie trafiliśmy do naszej ulubionej pirogarni, w której nic poza ostatnim pirogiem i gorącą herbatą już nie serwowano... Obsługa wyraźnie była zdegustowana, że wchodzimy o tej porze (21.40) i pani kelnerka w pewnym momencie pokazała nam 2 palce (całe szczęście dwa!) informując, że TYLE mamy minut (Po uśmiechu posłanym w jej kierunku przez Milana dorzuciła trzeci wysyłając mu promienny uśmiech, w którym ku jego zaskoczeniu pokazała 2 złote zęby). Dopiliśmy zatem herbatkę i grzecznie poszliśmy w kierunku stacji metra. Palacze znowu zostali z tyłu... Weszłam do środka by doładować kartę na przejazdy. Po chwili dołączyli do nas Jozef i Manuel i okazało się, że nigdzie nie ma pozostałych dwóch Panów. Czekaliśmy na stacji, wyszliśmy sprawdzić na zewnątrz... w końcu rozdzieliliśmy się Jozef zjechał schodami niżej tam ich szukać (w polskim znaczeniu tego słowa, czyli jak na Czecha przystało hledal ich tam), a my jeszcze na górze. Minęło kilka minut i niestety sytuacja była bez zmian, więc dołączyliśmy do Jozefa, by poszukiwania robić wspólnie i nie rozbijać grupy na mniejsze elementy, bo tak naprawdę tylko my z Ewą dobrze znałyśmy drogę, a dla Hiszpanów to była pierwszy raz przemierzana trasa metrem...

Napięcie rosło... bo raz, że obaj w obcym mieście, dwa noc, trzy przejazd dosyć skomplikowany bo z przesiadką a stamtąd 15 minut drogi na pieszo, a nie wiedzieliśmy czy znają adres... Nawzajem się pocieszaliśmy, że w następnym punkcie na pewno ich spotkamy... Tymczasem jednak coraz bardziej rzedły nam miny. Wywoływany na Skype Enriqe milczał... Punkt krytyczny osiągnęliśmy na naszym Obwodnym Kanale, gdzie niestety też ich nie było. Szliśmy do hotelu w grobowym milczeniu bojąc się nakręcania jeszcze bardziej strachu, a my z Ewą pokładałyśmy nadzieję w rezolutnym i władającym biegle językiem rosyjskim Milanie... Niemal wbiegliśmy do naszego budynku za Manuelem, który zaczął walić w drzwi swojego współtowarzysza, a w tym samym momencie z góry zbiegł Millan... Okazało się, że nas nie zauważyli... Zjechali metrem, a potem - Milan widząc zmęczenie starszego Kolegi - postanowił jechać do hotelu... Nie wiem co takiego Manuel przekazał Enriqu, w każdym razie język hiszpański nawet tak burzliwy jest niezwykle melodyjny i bardzo mi się podoba. Mniej chyba podobał się w tym momencie Enriqe, który się grzecznie pożegnał i poszedł do swojego pokoju. Długo schodziły z nas emocje dostarczone przez Enriqe Iglesiasa i Milana...


Morał z tej historii jest jednoznaczny - NAŁÓG BYWA ZGUBNY, bo gdyby nie ciągoty palaczy by wzbogacić swoje płuca smolistymi związkami nie zgubiliby się nam na pewno.

Przepraszam za brak zdjęć. W kolejnym poście nadrobię ;)

  

wtorek, 14 kwietnia 2015

List stacjonarny – kilka słów wyjaśnień czyli oswajanie Bloga i nie tylko


No więc stało się…

Trochę spontanicznie, niespodziewanie, ale jednocześnie nie całkiem przypadkowo. Od wczoraj jestem szczęśliwą (to takie założenie) posiadaczką bloga – miejsca, w którym mam opisywać to czego doświadczam/doświadczamy w naszych małych i dużych podróżach. To nie jest bynajmniej pierwsze moje podejście do bycia Blogerem – już kiedyś nieoceniony Sebastian jeden dla mnie założył. Wirtualna przestrzeń miała służyć rozwijaniu mojego marzenia – wyjazdu w dorzecze Amazonki (nie wiem Sebuś czy to pamiętasz…). Jakoś tak jednak nie potrafiłam wówczas pisać – Może to wina mojego Forum, na którym wówczas sporo pisałam, a może solowy głos Przyjaciela nie wystarczał i musiało zabrzmieć kilka by mnie ośmielić i zachęcić do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami? W tym względzie zdecydowanie górował głos Łukasza, który starał się mnie przekonać na tak różne sposoby, że uznałam w końcu, że nie robi tego tylko z grzeczności i sympatii ;) W każdym razie wczoraj po powrocie z pracy opisałam co usłyszałam i w godzinę później stałam się właścicielką nowej wirtualnej przestrzeni, do której Was zapraszam (Sebastian po moim „anonsie”, że chyba założę jakiś blog czy „coś” po kilkunastu minutach podesłał mi całość z pytaniem – i jak Ci się podoba? ;)

To tyle wprowadzenia – obiecuję nie popełnić grzechu zaniechania, ale nie obiecuję, że będę pisała systematycznie. W każdym razie zapraszam :) do czytania, komentowania, poddawania tematów do opisu (na to bardzo liczę).
Zmiana formuły ma tą jedną jasną stronę, że nie będę zaśmiecała co niektórym skrzynki pocztowej ;)

***
A teraz wątek australijski – bo tak pomyślałam, że oprócz kwestii związanych bezpośrednio i na gorąco relacjonowanych chciałabym czasami powracać do tego co jest istotne, a jest echem odbytych podróży. I tu to co mi zaprząta ostatnio umysł, serce i ręce, a czym bym się chciała z Wami podzielić ;) 

Dopiero teraz chyba w pełni uświadomiłam sobie jaka jest ogromna siła przekazu w sieci… W niedzielę wieczorem zamieściłam na Facebooku post (ten sam, który jest poprzednim postem na blogu), a od tego momentu spotkało mnie, a przede wszystkim adresatów pomocy – mnóstwo dobrych słów, gestów i czynów, a oto one:
  • jeszcze w niedzielę odezwały się pierwsze osoby z podesłanymi materiałami metodycznymi w postaci linków do stron i deklaracjami pomocy w postaci książek;
  • w poniedziałek zastałam pierwszą paczkę książek przekazanych przez naszą byłą studentkę, która przeczytała o akcji;
  • zgłosili się do mnie studenci z chęcią pomocy;
  • mam deklarację przekazania książek autorskich Romka Pawlaka z wpisami dla dzieci;
  • z mnóstwa stron Polski płyną słowa o zbieraniu książek i pytania jak je przesłać;
  • organizowane są akcje przez nauczycieli na Śląsku, np. w ramach Tygodnia Dobrych Uczynków;
  • a do tego niespodzianka – za pośrednictwem Facebooka odezwała się do mnie pani z Melbourne – pracuje w bibliotece polskiej i prześle trochę książek do Perth!
Przemku – mam nadzieję, że spełnią się Twoje dzisiejsze słowa – czeka Cię mnóstwo pracy jako Bibliotekarza w szkole:)

Czy to nie piękne echo australijskiej podróży? Tylu fantastycznych Ludzi jest wokół :) 


Apel - Pomoc dla polskiej szkoły w Perth

    Szanowni Państwo,

    Wiem, że trafiają do Was liczne prośby o pomoc, wsparcie… zwracam się z nietypową prośbą o podzielenie się swoimi książkami, materiałami edukacyjnymi lub wiedzą... Poniżej rozwijam swoją informację szerzej. W pierwszej części informuję o tym czego dotyczy akcja, w drugiej piszę szerzej o adresatach – Uczniach, Rodzicach i Nauczycielach z maleńkiej szkoły polskiej w Perth (Australia). Dla tych, których nuży długie czytanie postaram się wszystko przedstawić w pigułce, ale zachęcam do lektury całości :) Z góry dziękuję za życzliwość i proszę o udostępnianie mojego apelu dalej – to również jest forma wsparcia, bo im więcej odbiorców tym większa szansa, że znajdą się Osoby, które odpowiedzą na mój apel.
    Pozdrawiam serdecznie


    Dla kogo i dlaczego?

    Tak jak napisałam powyżej – adresatami są Uczniowie, Rodzice i Nauczyciele polskiej szkoły w Perth. Jest to szkoła nietypowa – samotna polska szkoła w najbardziej samotnym mieście świata (piszę o tym w drugiej części – opisowej). Dzieci mają do dyspozycji książki, które mogłyby być w zasadzie obiektami muzealnymi – są to lektury z lat 50. a najnowsze z połowy lat 70. ubiegłego stulecia… nauczyciele to wolontariusze – osoby , które poświęcają wolny czas na pracę z dziećmi, ale nie mają w tym zakresie wsparcia, np. merytorycznego. To, że szkoła istnieje to zasługa Rodziców, którzy chcą by ich dzieci miały kontakt z językiem polskim. Uwierzcie – nie jest to łatwe, bo zajęcia są realizowane w soboty, gdy inne dzieci spędzają czas na rozrywkach, spotkaniach – a im przychodzi siedzieć w tym czasie w niezbyt przytulnych murach budynku, w którym realizowane są zajęcia...

    Co zbieramy • książki dla dzieci i młodzieży (ale na pewno interesujące lektury dla starszych też będą mile widziane),
    • materiały metodyczne dla nauczycieli – zwłaszcza z języka polskiego, historii, treści odnoszących się do Polski (kultury, życia społecznego, geografii, przyrody),
    • gry edukacyjne,
    • będę wdzięczna za podesłanie mi linków do stron, które uznajecie Państwo za warte polecenia dzieciom i młodzieży, które zawierają treści edukacyjne.
    Jeśli zdecydujecie się Państwo pomóc bardzo proszę o nadesłanie książek/materiałów na mój adres:

    Anna Gajdzica
    ul. Bielska 62
    43-400 Cieszyn
    Uniwersytet Śląski

    i jeszcze jedno – gdybyście Państwo zechcieli cokolwiek napisać dzieciom na osobnej kartce włożonej do książki... Kilka słów zachęty do lektury, pozdrowień… Myślę, że każda z takich książek niosłaby dodatkową wartość i dawała świadomość, że jest to dar od Kogoś dla nich…

    *******
    Pozwólcie, że opiszę Wam nieco szerzej to co związane jest z moim kontaktem z polską szkołą w Perth.

    Od wielu lat zajmujemy się w naszym Zakładzie kwestiami związanymi z sytuacją Polaków mieszkających poza granicami naszego kraju. W sposób szczególny interesuje nas sytuacja szkół z polskim językiem nauczania. Stąd wielokrotnie, w ramach realizowanych badań, odwiedzałyśmy takie placówki w różnych miejscach Europy. Do Australii zawędrowałyśmy z moją Przyjaciółką Ewą w ramach realizowanego innego projektu. Nie mogłyśmy jednak nie spróbować zobaczyć jaka jest sytuacja polskiej szkoły, o której znalazła Ewa informacje w sieci. Na maila odpowiedziała Pani Dyrektor, wyraziła bez problemu zgodę na nasz przyjazd, przeprowadzenie badań itd. Jadąc do Polskiej Szkoły Sobotniej im. Adama Mickiewicza nie sądziłyśmy, że przeżyjemy tego rodzaju zaskoczenia i że ten poboczny nie jako (w związku z zasadniczym realizowanym projektem) temat stanie się dla nas tak ważny.

    Miejsce

    Pierwszym zaskoczeniem był budynek szkoły – tuż przy pięknej parafii i kościele polskim stoi Dom Polski rodem z XIX wieku – sam jego widok zwłaszcza w porównaniu z sąsiedztwem (np. z budynkiem naprzeciwko, w którym mają swoją siedzibę stowarzyszenia rosyjskie i czeskie) jest z lekka szokujący. To tu, w każdą sobotę, przyjeżdżają dzieci, których Rodzice chcą by uczyły się języka polskiego. Jak na ponad 15 tysięczną społeczność Polaków nie jest ich wiele. Powód – wielu Polaków uważa, że jest to dodatkowe obciążenie dzieci, a nauka polskiego w niczym w życiu im się nie przyda. Ci, którzy sądzą inaczej przywożą swoje dzieci czasem z bardzo odległych części miasta i spoza niego.
    Nie należy oceniać książki po okładce – sądziłam zatem, że o ile zewnętrzna forma szkoły jest niezbyt przyjemna zaskoczy mnie miło to co w środku – niestety… Zarówno wystrój budynku, jak i pomieszczenia odzwierciedlały to co na zewnątrz. Wyblakłe plakaty z lat 60. i 70., pożółkłe zdjęcia, gabloty, meble – wszystko jak w muzeum. Szkoła jest tu organizowana gościnnie – nie ma swojej siedziby, korzysta z udostępnionych sal, które na pewno nie są dostosowane do pełnienia swojej edukacyjnej funkcji. W jednej przestrzeni dużej sali uczą się jednocześnie 3-4 klasy – oddzielone prowizorycznie postawionymi kotarami. Komfort pracy zerowy – bynajmniej nie ze względu na to, że ktoś inny słucha tego co się dzieje za kotarą, ale ze względu na hałas, nieustanny szum – w jednej klasie coś śpiewają, w drugiej recytują, w kolejnej czytają, a jeszcze w innej mają zadania wymagające skupienia – wszystko odbywa się tak naprawdę w jednej przestrzeni. Do tego rodzice, którzy w pomieszczeniu połączonym z salą przygotowują dla dzieci drugie śniadanie i biegające wszędzie młodsze dzieci (nie było grupy przedszkolnej, a rodzice przywożąc dzieci do szkoły muszą zabrać również ze sobą młodsze dzieci, które biegają od jednej „sali” do drugiej…). Uczenie w klasie łączonej to bułka z masłem – bycie nauczycielem w tej szkole – to autentycznie jazda bez trzymanki! A więc…

    Nauczyciele

    Tak jak napisałam wcześniej – nauczyciele to wolontariusze. Niezwykłe Osoby, które postanowiły poświęcić swój wolny czas uczeniu dzieci języka, kultury i wiedzy o Polsce. Pracują za darmo, własnym sumptem przygotowując i organizując pomoce. Trudno sobie wyobrazić ich sytuację, trudno opisać to jak pracują – a jednocześnie to faktycznie Osoby pełne zapału i chęci do pracy. Pisałam o tym, że Perth to samotne miasto. Polska Szkoła to oaza osamotnionej polskości – funkcjonuje od 1952 roku, a dopiero w ubiegłym roku nowa Pani Dyrektor dowiedziała się, że mogą starać się o wsparcie i otrzymywać np. darmowe podręczniki. nauczyciele nie maja wsparcia metodycznego (bardzo im tego brakuje, bo często mają problem z tym jak uczyć dzieci języka polskiego skoro jest to ich drugi język), nie są to specjaliści filolodzy, do tego nie wiedzą, gdzie szukać wsparcia (to często Osoby starsze, które nie potrafią wyszukiwać określonych informacji, ale jak sami mówili – chętnie się dowiedzą, doczytają tylko muszą wiedzieć gdzie tych informacji szukać – stąd moja prośba o linki do stron wartych polecenia). To szkoła do której po raz pierwszy (mimo jej ponad 60 lat) w dniu, w którym my do niej przyjechałyśmy przyjechał również ambasador… W tej części Australii nie ma żadnej polskiej placówki dyplomatycznej… Nauczyciele są zmuszeni wykorzystywać takie materiały, jakie są w ich posiadaniu –zaobserwowany przykład: lekcja przygotowana przez Pana Tomka (student z UMCS, który na rok przyjechał do Perth, w którym pracuje i postanowił również pomóc w polskiej szkole). Temat: Flora i fauna Polski – pan Tomek ciekawie opowiadał, dyskutował z dziećmi, jednym z omawianych zwierząt był żubr, który wzbudził u dzieci sporo emocji, by go pokazać przyniósł z biblioteki jedyny album z 1956 roku (sprawdziłam, bo jakość fotografii była dla mnie szokująca). Generalnie polska i polskość mam wrażenie tak właśnie się dzieciom kojarzy… mało atrakcyjnie mimo wysiłków Rodziców, a więc…

    Rodzice

    To chyba najwspanialsze moje australijskie doświadczenie – spotkanie tak fantastycznych Ludzi. Rodziców, którzy całym sercem się angażują w życie szkoły, którzy tak żarliwie potrafią opowiadać o tym jak pracują ze swoimi dziećmi by te czuły się Polakami. I tu od razu złamany stereotyp – zazwyczaj twierdzi się, że to matki tak mocno się angażują, tymczasem tam Ci najbardziej zaangażowani, tworzący Radą Rodziców, to ojcowie. Ich żony dbają by dzieci mówiły w ich języku, a oni dokładają wszelkich starań by również posługiwały się językiem polskim i posiadały jak najlepsza wiedzę o tym co się z Polska kojarzy, wiąże. To było niezwykłe jak opowiadali o tym jak codziennie od chwili urodzenia dzieciom czytają polskie bajki, puszczają polskie utwory muzyczne, jak sami poszuka informacji o tym, że warto by dziecko było bilingwalne. Z drugiej strony opowiadali o tym co im doskwiera – brak właśnie wsparcia, szukania po omacku, tego, że chcą by szkoła kojarzyła się dzieciom jak najlepiej by chciały tu przychodzić, ale że to trudne, bo warunki… Niezwykli Ludzie, a ich dzieci…

    Dzieci 

    Wszyscy przyjęli nas w szkole bardzo serdecznie – również uczniowie, którzy wypytywali nas o wiele spraw, interesowali się tym co robimy w Australii, jak nam się tu podoba, ale również pytali o Polskę. Młodsi o kwestie typu – w co się bawią dzieci i jaka jest polska szkoła, starsze również o możliwości studiowania w Polsce, relacje z nauczycielami, perspektywy Polaków. W szkole są uczniowie, którzy wyjeżdżają od czasu do czasu do Polski, ale są również tacy, którzy nie mają już w Polsce nikogo bliskiego by tam jechać (3 pokolenie imigrantów). I tu kolejny obrazek – jednej z wzorowych uczennic, pięknie mówiącej po polsku Justynki (nie pamiętam czy miała 12 czy 14 lat). Justynka należy właśnie do tych osób, których przodkowie dotarli do Perth po II wojnie światowej ( z Armii Andersa). bardzo lubi czytać i każda wolna chwilę gdy tylko zrobiła zadanie polecone przez Pana Tomka poświęcała na czytana ukradkiem książkę. Wywiązała się rozmowa w związku z tym – bo powinna poświęcić ten czas na szlifowanie polskiego a tu angielska książka adresowana do nastolatek. Justynka mnie spytała – czy w Polsce też są takie książki? No właśnie – gdyby bibliotek zawierała różne pozycje, atrakcyjne dla dzieci i młodzieży to jestem pewna, że sięgali by oni chętniej po takie lektury i kształcicieli nie tylko umiejętność czytania, ale bogacili zasób słownictwa i patrzyli na Polskę nie tylko jak na obiekt muzealny Emotikon wink

    I jeszcze jedno – poniżej zamieszczam fragment listu od Pana Przemka – jednego z Rodziców

    „(…) Widziały Panie różne szkoły polonijne więc mają Panie porównanie jak nasza szkoła wypada na tle innych. Myślę, ze dotacje i różnego rodzaju pomoc jest bardziej dostępna dla szkol polonijnych na Białorusi, Ukrainie, czy innych biedniejszych krajach. Natomiast pomoc dla szkoły w Australii? To bogaty kraj, na pewno sobie poradzą - myślę, ze tez w jakiś sposób jesteśmy tak postrzegani. Na pewno musimy starać sie o fundusze i pomoc zarówno od polityków australijskich, jak też od konsulatu i ambasady polskiej.
    Nasi nauczyciele pracują prawie za darmo - jest to praca prawie wolontaryjna. W klasach są dzieci, które mówią po polsku całkiem dobrze i dzieci, które nie mowa po polsku prawie w ogóle. Dużo zależy od rodziców. Jeśli rodzic mówi do dzieci w domu po polsku i czyta bajki, puszcza filmy polskie to wtedy widać rezultaty. Jeśli rodzic mówi do dziecka na co dzień po angielsku i przysyła dziecko do polskiej szkoły na 3.5 godziny w sobotę to nauczyciel tez za dużo nie zdziała. Według mnie dla dzieci, które nie mówią po polsku w ogóle powinien być zorganizowany kurs języka polskiego i dopiero po osiągnięciu pewnego etapu mogłyby one zostać przydzielone do odpowiednich klas.
    Jako rodzice, tez powinniśmy pokazać dzieciom, ze język polski jest przydatny. Powinniśmy spotykać sie z innymi polskimi rodzicami i ich dziećmi by nasze dzieci mogły tez rozmawiać miedzy sobą po polsku - nauka przez zabawę.”

    Mądrę słowa mądrego Ojca i fantastycznego Człowieka, który za wszelką cenę chce by Jego dzieci – wychowywane w polsko-japońskiej rodzinie (o ile się nie mylę), mieszkające w Australii posługiwały się piękną polszczyzną i posiadały aktualną wiedzę o Polsce.
    Bardzo proszę Was o wsparcie. Chcemy wysłać do Australii jak najwięcej książek, materiałów metodycznych i gier edukacyjnych. Pomóc nauczycielom by wszyscy Ci fantastyczni Ludzie – Nauczyciele, Rodzice, a przede wszystkim Dzieci poczuły, że nie są osamotnieni w swojej polskości, a mimo ogromnej odległości dzielącej ich od Ojczyzny mogą liczyć na wsparcie w ich dążeniach, a ich samotność to tylko kwestia położenia geograficznego...

    Zdjęcie użytkownika Anna Gajdzica.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Z Enschede (donos a w zasadzie dowgląd ;)

Drogi Łukaszku,




ponieważ wszystkie pozostałe Osoby zostały powiadomione, a Ty jeden jesteś (samo)wykluczony i nie masz FB piszę do Ciebie maila z informacjami na temat najnowszych wyczynów naszej Kochanej Szefowej i dodatek w postaci kilku dodatkowych informacji ;) List jest adresowany do Ciebie, ale ma kilku Czytelników ;)


Zacznę od donosu, a potem inne takie...

No więc... zwiedzałyśmy campus i na jednym z budynków zobaczyłyśmy ściankę wspinaczkową. Wzbudziła ona szczególne zainteresowanie u Ewy. Nieco mnie to zaskoczyło, bo nie wiedziałam, że jest to jedna z Jej pasji - zdobywanie pozornie nieosiągalnych celów (Chociaż w sumie robi to każdego dnia...). W każdym razie wysłała mnie na górę budynku bym zrobiła Jej takie pamiątkowe zdjęcie, które załączam. Wiem, że od Szefowej powinniśmy się uczyć i naśladować Ją, ale chyba a tym zakresie zupełnie się poddaję... :(

A tak poza tym Holandia piękna - już z lotu ptaka, gdy przez dłuższy czas lecieliśmy nad zielonymi polami, które wyglądają jak rysunki genialnego matematyka z odchyleniem ku/na geometrię. Wszystko równiutko podzielone, prostokąty pól i łąk otoczone wstążkami błyszczących w słońcu wstążek kanałów, w jeden z kątów większości z nich wpisane współczesne wiatraki.

Tak na prawdę jednak dopiero podróż pociągiem dostarczyła nam emocji - kontynuując widokowe to całe łąki żonkili, bardzo ładne gospodarstwa i gdzie-nie-gdzie stare drewniane wiatraki...

Podróż była emocjonująca, bo z tymi naszymi tobołami (każda walizka ponad 22 kg) musiałyśmy się 4 razy przesiadać - dowiedziałyśmy się o tym, gdy nasz pociąg zaczął zawracać... Dotarłyśmy więc do hotelu po w sumie 16 godzinach podróży. Dziś idziemy zwiedzać miasto po południu - umówiłyśmy sie tam z naszymi znajomymi z Rosji.

Jak widzisz Łukaszku towarzyszysz nam pośrednio (spójrz na kolejne fotografie w załącznikach)

Zasyłam moc serdeczności w imieniu Ewuni i własnym. Buziaki i uściski
Ania

Piątkowe z(a)dziwienie


Jak zapewne wiecie dziś piątek, a jak piątek to czas na kolejne z(a)dziwienia. 

Wielbicielki odcinków z romansem (czy aby na pewno z?) w tle muszą poczekać, ponieważ niespodziewane zdarzenia z pogranicza sensacji i horroru zmuszają mnie do wstrzymania się z opisem. Czekam na dalszy rozwój wypadków w temacie: Ania i Ewa pod jednym dachem z czterema facetami… (dla podtrzymania uwagi w temacie kilka pytań podgrzewających napięcie: Czy Ewa i Ania mogą bezpiecznie korzystać z kuchni? Kto się boi czarnego wtorku i co on przyniesie? Kto pozostanie dalej w spokojnym kiedyś domku przy 176 Hill Road Terrace?)

A teraz nie mitrężąc już czasu kolejny odcinek w temacie z(a)dziwień.

Z(a)dziwienie jest zawsze związane z pewnym odczuciem emocjonalnym. Zestawieniem własnych, dotychczasowych doświadczeń z czymś odczuwanym jako nowe w odniesieniu do sytuacji, które traktujemy jako typowe, naturalne. Każdy z nas ma więc własne z(a)dziwnienia – i to co dla jednego jest typowe, dla drugie może być z(a)dziwiające. I w ten sposób dochodzimy do pętli z(a)dziwnia czyli tego, że może nas z(a)dziwiać cudze z(a)dziwnie… Tyle na temat mojej własnej autorskiej teorii z(a)dziwień. 

Przejdźmy do opisu – tym razem podzieliłam je na kategorie (jak widzicie nieco się rozwijam).

Kategoria: Ludzie – temat: sposób bycia – najbardziej miłe z zadziwień, doświadczane często w zwykłych sytuacjach bycia wśród ludzi. Kierowcy autobusów, panowie remontujący drogę, sprzedawcy, sekretarki, obsługa parków (wszelkich szczebli) – wszyscy, których spotykasz na swojej drodze, a oni wykonują pracę uśmiechają się, zagadują i chcą pomóc. To jest dla mnie ciągle niesamowite i bardzo miłe… Wsiadamy do autobusu, kupujemy bilet, a kierowca praktycznie zawsze pyta skąd jesteśmy, kiedy wracamy (bo może zdążymy na tym samym bilecie), wyciąga ulotki by nam pokazać trasę, a gdy wysiadamy macha nam na pożegnanie. Wczoraj, gdy jechałyśmy, z przesiadką do Whiteman Parku kierowca wyszedł z autobusu (kończył pracę), dopytał gdzie jedziemy, przyniósł nam rozkład jazdy, pokazał gdzie mamy pójść w drodze powrotnej, a dodatkowo rozpytywał o powód przyjazdu. Gdy dowiedział się, że mieszkamy na Curtin Uniwersity ucieszył się – bo jak stwierdził to jego trasa więc może się spotkamy… Nie są to grzeczności wpisane w ich obowiązki służbowe ani sztuczne uśmiechy, ale autentycznie niezwykle życzliwe podejście do drugiego człowieka. Pod tym względem Petersburg był biegunem zimna tu jest biegun ciepła... 

Kategoria – zawodowe: temat nie/oficjalność – pracujemy w podobnej (czyt. takiej samej) firmie, mamy podobne (czyt. takie same) zadania do realizacji. Studenci są podobni (czyt. tacy sami), rozliczanie z punktów, pisanie, nacisk na granty… Mniej jednak tutaj rzeczy formalnych i takich, które u nas są nie do przeskoczenia bez pieczątek, zgód, zamówień… a tu - od tak - na pstrykniecie palcem. Dostałyśmy zaproszenie na poranną herbatę z pracownikami i dziekanem. Nastawiłyśmy się zatem na formalne, oficjalne spotkanie. Tymczasem spotkanie było w najbardziej uczęszczanym miejscu (przy sekretariacie, który jest przy windzie, pomieszczenie otwarte (bez ściany). Tam panie pokroiły ciasto, nalały sok do plastikowych kubeczków, a dziekan nas powitał, powiedział swoim pracownikom kilka zdań o naszej obecności. Pochwalił Tomayess i Theodorę, że to ich zasługa, bo realizują grant (tu brawa) i… kazał się wszystkim poczęstować ciastem. Ludzie wjeżdżający na górę windą byli zapraszani na ciasto (bez względu czy to pracownik sekretariatu, osoba roznosząca pocztę czy pracownik naukowy). Kolejne osoby do nas dochodziły, rozmawiali między sobą, odchodzili na zajęcia (wszystko na stojąco)… Zero sztywnej oficjalności, dużo za to sympatii i wrażenia, że spotykasz się w gronie ludzi, którzy się lubią, znają i wprawdzie są tu w pracy – do której zaraz wracają, ale nie powoduje to jakiegoś napięcia… 

Kategoria – zawodowe – temat warunki pracy. Jak wiecie zaraz po przylocie dostałyśmy tu swoje pokoje. Wyrobiono nam identyfikatory (ze zdjęciem;) i dzięki nim mamy takie same możliwości korzystania z różnych rzeczy jak wszyscy pracowni (np. ksero). Dzisiaj drukowałyśmy materiały do polskiej szkoły. Po perypetiach z pierwszym uruchomieniem sprzętu i puszczeniem drukowania wszystko przebiegało sprawnie. Pobiegłam zatem do sekretarki Rachel po zszywacz. Stwierdziła, że oczywiście może mi pożyczyć, ale po co?  Przecież jest specjalne miejsce, gdzie jest wszystko co może być potrzebne… I zaprowadziła mnie do otwartego na oścież pokoju, w którym na półkach były wszelkie możliwe materiały biurowe – cale pudło zszywaczy, różne papiery, karteczki, mazaki, kredki, długopisy… Z pudła wyciągnęła kilka zszywaczy, obejrzała, które działają i dała (pytając czy tylko dla mnie czy dla Ewy też). Powiedziała, że jak nie będę już używała to mogę tu wrzucić z powrotem, ale mogę to zrobić kiedy zechcę… Pomyślałam o naszych zamówieniach publicznych, SAP-ach, ZAMUŚach, kołomyjach by zamówić ryzę papieru czy 2 długopisy…. Naszych wygibasach przy organizacji konferencji by nie trzeba było kupować czegoś drogą służbową, bo raz, że droższe, dwa gorszej jakości… A tu proszę – takie z(a)dziwienie…

Na dzisiaj wystarczy, bo zanudzam Was już pewnie na śmierć :)

Pozdrawiam i uśmiecham się do Was bardzo ciepło zza wielkich wód i licznych lądów

Zasyłam pozdrowienia od Ewuni

Ania – czasowo oddelegowana do krainy kangurów

Ps. Padło pytanie – czy moja chińska rodzina ma już naprawioną spłuczkę ;) ponieważ jest to związane z poprzednimi z(a)dziwieniami – odpowiadam NIE. Toaleta pod chmurką cieszy się wzięciem, a moja big-bratherowa obecność w niczym nie przeszkadza.

Dla tych, którzy nie widzieli zdjęć z naszego pobytu w Parku Wildlife - a lubią oglądać zwierzaki i przyrodnicze okazy (my się z Ewą zaliczamy trochę do jednego i trochę do drugiego więc też na niektórych zdjęciach jesteśmy) - załączam link: https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/WildlifePark?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIj5v92akaHHmAE&feat=directlink

Spotkanie przy/na talerzu ;)

Kochani,

powtarzają się pytania o jedzenie i prośby o opis kuchennych (r)ewolucji. Od razu zaznaczam - kangura nie jadłyśmy i nie wiem czy chcemy degustować go w takiej postaci...

Wyjeżdżając do Australii bałam się, że ich związki z Anglią zaowocują (niestety) i w tej sferze. Na szczęście na sympatii do Królowej i nieszczęsnym lewostronnym ruchu, analogie z Wyspami się kończą - jedzenie jest, ku mojej uldze, strawialne ;) Nie wiem jednak na razie czym jest typowa kuchnia australijska (no właśnie poza, np zupą na ogonie kangura i stekami z kangura, które notorycznie są przyrządzane przez naszych współlokatorów). Na terenie campusu jest jedno duże centrum z barami (nie wiem dokładnie iloma, ale jest ich sporo), ale dodatkowo przy poszczególnych skwerach przystają samochody z jedzeniem. Są takie przykłady na zdjęciach wśród załączników - każdy z nich serwuje coś innego - jest samochód z chińskimi pierożkami, włoskimi pastami czy azjatyckimi mieszankami z ryżem.

Widzicie zatem, że odpowiedź na pytanie co jadają studenci Curtin Uniwersity? Brzmi: WSZYSTKO. Kuchnia z całego świata :)Są bary z fast foodami - tu jednak, np kebab oznacza kawałki kilku centrymetrowe mięsa i wybór sałatek zawijanych w pieczywo. Są i hamburgery (tych nie próbowałam i nie zamierzam, bo nie lubię;). Mają nawet swój odpowiednik McDonalda czy KFC - malowniczo nazwanego Red Rusterem :)

Najwięcej jest widocznej kuchni azjatyckiej - ma to jednak silny związek z tym, ze azjatyckie mniejszości w sposób zdecydowany dominują na terenie Australii. Jest mnóstwo osób z Chin i Japonii (z tego powodu wśród języków dodatkowych - poza angielskim - są w szkołach do wyboru japoński i mandaryński). Widać to również w sklepach - w naszym osiedlowym niewielkim jedna część to same rzeczy do przyrządzania typowych dan azjatyckich. Przyprawy, słoiczki z czymś czego nie potrafimy zidentyfikować, mnóstwo saszetek, pudelek, puszek i toreb z rzeczami, po które nie sięgamy, bo nie wiemy co z tego może wyjść ;)

Próbowałyśmy na festynie indyjskim w Perth i specjałów tej kuchni, ale dalej sią utwierdzam w przekonaniu, ze niezbyt mi taka mieszanka przypraw - bez względu od miejsca degustacji - przypada do smaku. Gotowe jedzenie jest bardzo drogie. Zjedzenie najtańszego kebabu to wydatek rzędu 7-8 dolarów. Wczoraj byłyśmy na stołówce, gdzie można na wybranym stoisku wybrać sobie do plastikowego pojemnika, np ryż i dodatki - to wydatek około 9-10 dolarów, w takiej samej cenie bar sałatkowy i porcja jak na zdjęciu. Do tego woda (3 dolary). Smakowo (cytując naszą Basię Kochaną) - szału nie ma dupy nie urywa ;)) 

Gotujemy też co nieco same - sałatki, sosy na bazie posiadanych składników, do tego ryż lub makaron i jakieś mięso. Tęsknie za polskim, domowym jedzeniem! dzisiaj oglądałam menu naszej uniwersyteckiej stołówki - p. Emanuel zrobiłby tu furorę z naszymi potrawami - dzisiaj krem brokułowy z grzankami, do wyboru pierś z kurczaka z pieczarkami lub wieprzowina w sosie myśliwskim...  do tego kompot... - wydatek około 3 AUD. Może macie zimniej, ale jakie możliwości jedzenia pysznych rzeczy! 

Co do trunków - w pierwszym dniu naszej tu obecności poszłyśmy coś spróbować zjeść w jednej z campusowych restauracji i napić się lokalnego piwa. Poprosiłyśmy oczywiście o typowe australijskie piwo. Sympatyczny barman najpierw nas zmierzył wzrokiem, potem się uśmiechnął i powiedział: drogie panie nie polecam! Australijskie piwo jest tanie, ale strasznie niedobre. Nie warto próbować... I nalał nam innego - chyba Hainekenna. Tak wiec już wiecie - jeżeli chcecie wyznaczyć światowy szlak piwny omijajcie Australię, bo w tym zakresie nawet lokalsi twierdzą, że nie warto (nie mniej jednak jak tylko znajdziemy sklep z alkoholami to kupimy 1 butelkę i spróbujemy, bo przecież mógł nas Chłopak wpuszczać w maliny i przejdą nam koło nosa dzikie doznania smakowe :)
To tyle na dziś relacji. W następnym odcinku o Ewie i Ani, którym żyć przyszło pod dachem z 4  facetami ;) lub aborygeńskie  spotkania (temat do wyboru - czekam na glosy)

 
Ps. Zapomniałam dodać coś o mojej chińskiej rodzinie - ich życie głównie toczy się przy stole i kręci wokół jedzenia. Nasi współlokatorzy też pichcą, ale to przy innej okazji ;)
Zasyłamy moc serdeczności

Z miejsca, gdzie już wybija północ :)


tym razem zamęczam już tylko tych zainteresowanych ;) 

Wprawdzie dostałam tematy do (o)pisania od Sebastiana, ale na razie są to zbyt poważne kwestie by je przedstawić po kilku zaledwie dniach...

Chciałam Wam przedstawić kilka zdziwień - sytuacji, zwyczajów i tego co mnie zaskoczyło i zaskakuje na tym odkrywanym przez nas kontynencie ;)


Przypadek pierwszy - ruch uliczny. Byłam kilka razy w Londynie i szczerze Wam powiem, że nigdy nie miałam takich kłopotów jak tu. Być może tam moje przemieszczanie się miało nieco inny charakter - w miejscach wyznaczonych światłami ulicznymi, w tłoku niosącym od miejsca A do miejsca B. Tu jest inaczej - szerokie (2-3 pasy w jedną stronę) należy przeciąć w miejscu oznaczonym nawet nie "euoropejską zebrą" a jedynie obniżonym krawężnikiem. Ale to nic! Najważniejsze jest, że zamiast tak jak we wszystkich cywilizowanych krajach spojrzeć w prawo, spojrzeć w lewo i znowu w prawo tu jest na odwrót! Pamiętam o tym - a jakże, ale i tak w połowie przechodzenia przez drogę obawiam się, że z prawej strony cos nadjedzie i uderzy, a tu przecież tak na prawdę wróg (czyli jakiś szalony kierowca) może uderzyć z lewej... Masakra. Do tego auta i autobusy, które ma się wrażenie, że są bez kierowców...

Przypadek drugi - moja chińska rodzina i jej szalone zwyczaje... Ze zdziwieniem (i niesmakiem) zauważyłam dwa dni temu, że chiński tata będąc na placyku przed domem wchodzi za węgieł i... sika na swój dom. Sytuacja powtarza się systematycznie - dodam, że w sumie rzadko siedzę w dzień przy komputerze, ale było to kilka razy. Dobiło mnie jednak dzisiejsze rano, gdy po powrocie z zakupów (wskaźnik wielkie torby wnoszone do domu) chińska mama poszła w to samo miejsce...  Czy zatem człowiek może wyjść z dżungli, ale dżungla z niego nie wyjdzie nigdy?? Chyba sobie przestawię biurko spod okna nie czekając na widok ich synów wykonujących te same czynności... (w załączeniu zdjęcie domu widzianego z mojego okna - WC pod chmurką za koszem ze sklepu)

Przypadek trzeci - "mowa" ptaków i nie tylko. Spotykamy sporo nieznanych mi gatunków. Jednak najbardziej zawsze mnie zaskakuje głos jakichś krukowatych - biało-czarnych ptaków (bardziej jednak z budowy podobnych do gawronów niż do srok). Mówią przedziwnie - ni to jak dzieci, ni to jak miauczące dziko koty. Podobnie chyba jak z tym angielskim wokół - nigdy nie słyszałam aż tylu odmian, melodyk i sposobu mówienia jak tu - angielski-chiński, angielski-hinduski, angielski-malezyjski i sama nie wiem jak wiele różnych innych angielskich może być, ale tu je na pewno można usłyszeć. Aha - biorą nas ciągle za francuski - i podejrzewam, że to efekt właśnie tego jak operujemy angielskim ;)

Może jak na pierwsze "zdziwienia" wystarczy ;)
Jako dodatek relacja - tym razem fotograficzna z Fremantle - uroczego miasteczka, do którego na pewno wrócimy

Pozdrawiam serdecznie w imieniu własnym i Ewy :)

Ania

https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/Fremantle?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIDum4aStJiuzAE&feat=directlink

Listy z podróży do Australii - cz. 2

Dobry wieczór :)

doskonale wiem, że u Was jest wczesne popołudnie, ale za moim oknem już całkiem ciemno, a chińska rodzina, która mieszka vis a vis mojego okna zasiadła do kolacji (mam tu takie małe laboratorium obserwacyjne - ogólnie chwilami bardziej reality show, ale częściej taka nieco soup opera ;)

Kilka refleksji na prośbę tych co odpisali i w odruchu masochistycznym poprosili o jeszcze ;)

po pierwsze odpowiadając na pytanie czy w Australii są jacyś LUDZIE?? Kochani - a my? Na zdjęciach jest Ewa, ja jestem! Mało Wam ludziów?? a tak poważnie to jest dla nas sporym szokiem - sporo (naszym zwyczajem) spacerujemy, chodzimy gdzie oczy poniosą (i pozwolą nogi;) - najczęściej po drodze nie spotykamy nikogo... Piękne szerokie chodniki, ścieżki rowerowe, a na nich pustka... o tym, że w okolicznych budynkach są ludzie świadczą liczne parkingi zapchane samochodami.

Na Uniwersytecie też trudno uwierzyć, że jest tam ponad 60 tysięcy studentów (znowu wskaźnik mnóstwo parkingów i aut). Całość położona jest jednak na prawie 180 hektarach ziemi. Studenci po wyjściu z zajęć rozpierzchają się albo na stołówki (tu bywa tłoczno), albo z własnym jedzeniem siadają w przytulnych zakamarkach zatopionych  zieleni. Nie ma tłoku, przepychania... Jest bardzo multi-culti, ale niezręcznie nam robić zdjęcia, gdy jedzą lub leżą na wygodnych pufach ;) uliczki campusu są przeważnie puste. Zawsze można znaleźć miejsce do siedzenia lub poleżenia (porozkładane leżaki, pufy).

Z innej beczki - Na "dzień dobry" dostałyśmy klucz do swoich (oddzielnych!!) pokoi, a tam widok na Perth (9 piętro)< ale przede wszystkim super komputery, półki, a na piętrze kuchnia do dyspozycji - generalnie piętro z adnotacją - dla pracowników (przeznaczone do pracy naukowej). Wszyscy są dla nas bardzo mili. Ciągle pytają czy wszystko w porządku, czy nie trzeba pomóc...

Tym razem by Was nie zamęczać kilka zdjęć - na niektórych ludzie ;)

Listy z podróży do Australii - cz. 1

Kochani,
szczęśliwie dotarłyśmy na antypody. Podróż w miłym (a jakże :) Towarzystwie, ale bardzo długa -wystartowałyśmy po 6 rano w poniedziałek a dotarłyśmy do naszego lokum o 18 we wtorek (po odjęciu 6 godzin na 12). W dodatku obie mamy tę samą przypadłość - brak zaufania do pilota co oznaczało, że w tym czasie przespałyśmy może 2 godziny - w końcu ma się to poczucie odpowiedzialności za pasażerów ;)

Na lotnisku w Perth nasza Kochana Szefowa została przechwycona do szczegółowej kontroli, a pies-przeszukiwacz w żaden sposób nie chciał uwierzyć w Jej niewinność... Zrobiło się gorąco a ja zastanawiałam się czy dzwonić do ambasady czy słać po posiłki (że nie wspomnę o myślince - TAKA koleżanka sama coś przemyca, chce zarobić, a cynku nie da!!). Wreszcie czworonogi celnik znalazł kontrabandę! Zaczęłyśmy się tak śmiać, że udzieliło sie i celnikom! OLA - to Ty jesteś winna całej sytuacji (i Grześ;) Rano spakowałam nam na podróż śniadanie i w tym kabanosy - większość zjadłyśmy w pociągu, a resztkę Ewa spakowała "na potem". Pies był prze-szczęśliwy, ale niestety panie celnik mu nie dały pysznych polskich kiełbasek...

Na lotnisku czekał na nas kierowca, który dowiózł nas na miejsce, a wcześniej pokazał trochę najbliższą okolicę. W naszym domku czekał na nas kolejny pan - rezydent z kluczami od pokoju i powitalnym poczęstunkiem. Miło nas przyjęli też studenci - nie zdążyłyśmy sie rozpakować jak zapukał do mnie student mieszkający na przeciw by się przedstawić i zaproponować nam kolację - to było bardzo sympatyczne :)

Mieszkamy w sąsiednich pokojach a dzieli-łaczy nas łazienka. W całym domku jest 6 pokoi, wspólny salon, kuchnia i pralnia. Warunki studenckie, ale miło i czysto.

Dzisiaj rano przyjechały po nas nasze gospodynie. Uniwersytet mamy jakieś 7 minut spacerkiem od mystudenthouse. Kompleks pięknych budynków, budyneczków, a wszystko ukryte w morzu zieleni. Mnóstwo placyków z miejscami do siedzenia, leżenia. Do tego imponująca biblioteka... Wszystko możecie obejrzeć w przesłanym albumie. Nie obawiajcie się nie będziemy Was zasypywać szczegółowymi relacjami ;)
https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/Australia1Dzien?authuser=0&authkey=Gv1sRgCN_DwqbHhvbaMw&feat=directlink

Zasyłamy Wam moc ciepłych pozdrowień i uścisków