środa, 29 listopada 2017

Kolory(t) Australii. Ziemia



Gabrysi słowa motywują mnie do pisania. Tematy kłębią się we mnie i w efekcie nie wiem, który z nich powinien być kolejnym. Najbardziej grają mi ostatni kolory. Australijskie odcienie nieba, ziemi i wody. Pomijam tu kolory wiosny odciśniętej w kwiatach – te powinny być potraktowane oddzielnie z należnym im szacunkiem i możliwością przyjrzenia im się w temacie dotykającym kolorów płatków i odcieni liści.

A więc zapraszam bardziej na obrazy niż na słowa, bo chyba tylko Pan Grzegorz H. potrafił by oddać w odpowiedni sposób przedziwne piękno tej ziemi, wody i nieba. Dziś część I…


Ziemia

Tutejsza ziemia ma mnóstwo odcieni. Jedna z moich pierwszych obserwacji w Perth to było zadziwienie związane z wszechobecnym piaskiem, w który wtłaczane są hektolitry życiodajnej wody by ożywić przydomową przestrzeń. Widać w tym wysiłek i ukryte tęsknoty poszczególnych właścicieli, którzy sadzą przy domu róże, pelargonie, kwiaty i krzewy bynajmniej nietutejsze. Rozkwitają one pięknie, bujnie obdarzając swoich właścicieli kolorami. Wystarczy jednak niewielkie zaniedbanie. Brak właścicieli, a ziemia pokazuje kto tu rządzi. Obumierają stopniowo wszystkie emigranckie rośliny. Zostają tutejsze – nawykłe do surowych warunków, do tego co kryje dla nich w sobie tutejsza ziemia. Przy pierwszym pobycie patrzyłam na opuszczone domy właśnie w taki sposób – odbudowywania tego co tu jest przyrodzone poprzez stratę tego co wprowadzone sztucznie. Odliczałam od ilu miesięcy domy stoją puste po uschniętych kwiatach, krzewach, drzewach… I taka mnie nachodzi refleksja, że ze mną byłoby tu podobnie. Ostatnio tak wiele osób mnie pytało (na Uniwersytecie, przystanku, w autobusie) czy chciałabym tu zostać… I każda z tych osób była zaskoczona moja negatywną odpowiedzią. A ja wiem, że to ziemia nie dla mnie… nie o tym jednak chciałam pisać :)




Tutejsza ziemia ma tyle odcieni i tak bardzo różni się od naszej. W miejscach, do których trafiłam dominują odcienie czerwieni i żółci. 



Co ciekawe łatwiej tu znaleźć totalnie białą ziemię – na niezwykłych wydmach okalanych ze wszystkich stron buszem i czerwoną ziemią, co wygląda jak śnieżne góry otoczone przygaszoną zielenią, niż ziemię w kolorach nam bliskich.




Są też miejsca z ziemią – nie-ziemią… jak gigantyczna, biała plaża stworzona przez naturę z maleńkich muszelek. Bynajmniej nie jest to warstwa powierzchowna, lecz na kilka metrów w głąb… Tu nic nie rośnie. Za to jest piękny efekt kolorów ziemi – wody i nieba…









Czerwone drogi. Wytyczone ręką człowieka. Rozdzielające niebywałe przestrzenie ziemi pokrytej skąpą roślinnością, w którą nikt nie próbuje nawet dosadzać czegoś nietutejszego. 






Ziemia skalno-kamienista – mieniąca się wszystkimi odcieniami od żółci do czerwieni. 


W kontraście z błękitem nieba, rozpalona słońcem – piękna, ale nawet wówczas, gdy zachwyca swoją urodą daje odczuć jak bardzo jest niebezpieczna dla takich intruzów (zwłaszcza przemierzających Australię na boso lub w klapkach jak ja ;)






I wreszcie niebywałe żółte przestrzenie piasku i piaskowych (s)tworów w Pinnacles Desert. Znowu zachwycające miejsce, niezwykła ziemia, ale tylko w sytuacji krótkiego, turystycznego pobytu z zapasem wody…





W trakcie pobytu tu towarzyszy mi nieustannie refleksja ile trzeba było włożyć wysiłku, determinacji by próbować tu żyć, oswoić naturę – tak jak robili mieszkający tu Aborygeni… a ile walki stoczyli z tą ziemią kolonizatorzy, którzy próbowali i próbują ją okiełznać, przerobić na własne potrzeby. Wystarczy jednak „chwila” by natura wzięła górę – jak w przypadku pozostawionych naturze ogrodów czy domów…  

1 komentarz: