Mili Moi,
Niektórzy jeszcze
pamiętają o moim zarzuconym blogu i nawet proszą by relacjonować nasz wyjazd…
Faktycznie dawno nie pisałam – i gdzieś tam w zakamarkach pamięci kołaczą się
tematy Kijowa, Odessy, Sydney, Melbourne, Lizbony czy Badajoz… że nie wspomnę o
rozpoczętym nawet cyklu (w postaci jednego niewrzuconego postu) dotyczącym
Kaszub… Póki co będę opisywała co nieco z naszego kolejnego pobytu w Perth…
Dzisiejszy poranek – czy raczej
wczesny przedświt między 3 a 4 nad ranem – dostarczył mi podobnych odczuć co
pobyt przed rokiem czy 3 lata temu (tu opisywany http://przedborzankanawalizkach.blogspot.com.au/2015/04/z-miejsca-gdzie-juz-wybija-ponoc.html
). Samochody wszędzie brzmią tak samo i bywają mniej lub bardziej uciążliwe,
ale ptaki… Te tutaj są potwornie rozwrzeszczane – pomijam stada zielonych papug
kłócących się od świtu (te już rozpoznaję), ale te inne… niepokojąco nieznane
głosy. Wwiercające się w uszy i nie dające szansy na sen. Ot niby wielkie
miasto, nasz domek usytuowany przy 3 drogach, a świt jak w buszu :) Pewnie
za dwa-trzy poranki wszystko znormalnieje i nie będę do tego przywiązywała
uwagi. Nie mniej jednak powinnam jeden post w całości poświęcić ptakom ;)
A wracając do podróży i
pierwszych jeszcze „przedświtnych” wrażeń:
Generalnie tradycji stało
się zadość – rozpoczęłyśmy podróż od śniadania z kabanosami jeszcze w pociągu do
Pragi (niestety zapomniałam zaopatrzyć się w te najlepsze od naszego
zaprzyjaźnionego „dostawcy”… Nie wiem Olu czy Grześ zgodzi się na lokowanie
produktu i podawanie „marki” więc póki co pozostaje opis „anonimowy” :) )
Tym razem spożyliśmy wszystko. Nie było mi zatem straszne spotkanie z pieskiem
na lotnisku, który oczywiście wyczuł, że w moim plecaku MUSIAŁO być coś na co
on by miał ochotę…
Jesteśmy w rozszerzonym
składzie – nie tak jednak jak planowaliśmy – bo Nasza Basia Kochana musiała
zostać by dopilnować działanie realizowanego innego projektu. W efekcie duet,
który zmienił się w tandem stał się triem i będziemy z Ewą miały męskie
wsparcie na Australijskiej ziemi w osobie Łukasza :)
Do naszego domku (ulokowanego
niedaleko od naszych poprzednich lokalizacji – zwłaszcza blisko domku „mojej”
chińskiej rodziny, o której pisałam 3 lata temu) przywiózł nas z lotniska
taksówkarz, który okazał się Rosjaninem – tak więc zaczęłyśmy pobyt w Australii
od konwersacji po rosyjsku. Pan był niezwykle miły i pomocny. Podobnie jak
administratorka naszego domku. To tyle wprowadzenia, zagajenia :)
U mnie 6 rano – dzisiaj dzień organizacyjny i pierwsze spotkania na
Uniwersytecie.
I temu poświęcę kolejny post i fotorelację :)
Przeczytane! Czekam na ciąg dalszy ;-)
OdpowiedzUsuń