niedziela, 5 listopada 2017

Około "świtne" wrażenia - czyli pierwsze refleksje i zaanonsowanie powrotu :)



Mili Moi,

Niektórzy jeszcze pamiętają o moim zarzuconym blogu i nawet proszą by relacjonować nasz wyjazd… Faktycznie dawno nie pisałam – i gdzieś tam w zakamarkach pamięci kołaczą się tematy Kijowa, Odessy, Sydney, Melbourne, Lizbony czy Badajoz… że nie wspomnę o rozpoczętym nawet cyklu (w postaci jednego niewrzuconego postu) dotyczącym Kaszub… Póki co będę opisywała co nieco z naszego kolejnego pobytu w Perth…

Dzisiejszy poranek – czy raczej wczesny przedświt między 3 a 4 nad ranem – dostarczył mi podobnych odczuć co pobyt przed rokiem czy 3 lata temu (tu opisywany http://przedborzankanawalizkach.blogspot.com.au/2015/04/z-miejsca-gdzie-juz-wybija-ponoc.html ). Samochody wszędzie brzmią tak samo i bywają mniej lub bardziej uciążliwe, ale ptaki… Te tutaj są potwornie rozwrzeszczane – pomijam stada zielonych papug kłócących się od świtu (te już rozpoznaję), ale te inne… niepokojąco nieznane głosy. Wwiercające się w uszy i nie dające szansy na sen. Ot niby wielkie miasto, nasz domek usytuowany przy 3 drogach, a świt jak w buszu :) Pewnie za dwa-trzy poranki wszystko znormalnieje i nie będę do tego przywiązywała uwagi. Nie mniej jednak powinnam jeden post w całości poświęcić ptakom ;)

A wracając do podróży i pierwszych jeszcze „przedświtnych” wrażeń:

Generalnie tradycji stało się zadość – rozpoczęłyśmy podróż od śniadania z kabanosami jeszcze w pociągu do Pragi (niestety zapomniałam zaopatrzyć się w te najlepsze od naszego zaprzyjaźnionego „dostawcy”… Nie wiem Olu czy Grześ zgodzi się na lokowanie produktu i podawanie „marki” więc póki co pozostaje opis „anonimowy” :) ) Tym razem spożyliśmy wszystko. Nie było mi zatem straszne spotkanie z pieskiem na lotnisku, który oczywiście wyczuł, że w moim plecaku MUSIAŁO być coś na co on by miał ochotę… 

Jesteśmy w rozszerzonym składzie – nie tak jednak jak planowaliśmy – bo Nasza Basia Kochana musiała zostać by dopilnować działanie realizowanego innego projektu. W efekcie duet, który zmienił się w tandem stał się triem i będziemy z Ewą miały męskie wsparcie na Australijskiej ziemi w osobie Łukasza :)
 
Do naszego domku (ulokowanego niedaleko od naszych poprzednich lokalizacji – zwłaszcza blisko domku „mojej” chińskiej rodziny, o której pisałam 3 lata temu) przywiózł nas z lotniska taksówkarz, który okazał się Rosjaninem – tak więc zaczęłyśmy pobyt w Australii od konwersacji po rosyjsku. Pan był niezwykle miły i pomocny. Podobnie jak administratorka naszego domku. To tyle wprowadzenia, zagajenia :) U mnie 6 rano – dzisiaj dzień organizacyjny i pierwsze spotkania na Uniwersytecie. 

I temu poświęcę kolejny post i fotorelację :)

1 komentarz: