środa, 20 maja 2015

Przedbórz w oczach i sercu PrzedborzAnki – czyli im bardziej wyjeżdżam tym "mocniej" wracam



Kwestia zakorzenienia, pytań o to kim jesteśmy i skąd jesteśmy to temat dysput naukowych, ale przede wszystkim element naszej codzienności. Element stały aczkolwiek czasem tak bezdyskusyjny (co bywa złudne), że o nim zapominamy. Pytanie, które jest w nas i obok nas - wpisane w pejzaż naszego życia. Tak oczywiste, że zapominamy o nim. Nie dostrzegamy zmian, które w nas następują. I często dopiero wówczas sięgamy w głąb siebie i pytamy – który to raz w życiu  – kim jestem? 

Po moim „zaistnieniu” blogowym wielokrotnie musiałam odpowiadać – dlaczego PrzedborzAnka, a nie CieszyniAnka? Co sprawia, że bardziej we mnie gra miejsce, które opuściłam – zgodnie ze zmianą w dowodzie tożsamości – 23 lata temu? Z prostych wyliczeń wynika, że więcej niż połowę swojego życia spędziłam na pięknej (i to bardzo) Ziemi Cieszyńskiej. W przestrzeni, która jest mi bliska, wśród Ludzi, od których doznaję mnóstwa dobrych, ciepłych gestów, w tej kulturze „grającej” pięknymi tonami: międzykulturowymi, historycznymi, bogatymi w tradycje. Jak się zatem nie zakochać w tym miejscu? Jak nie oddać mu symbolicznie siebie przyjmując tożsamość? Jak można się nie zakorzenić jednoznacznie? Nie chcieć założyć pięknego stroju, spojrzeć na innych z góry Wzgórza Zamkowego i nie powiedzieć z dumą w głosie: jestem CieszyniAnką!

No właśnie… 

Można. Gdy w sercu najmilszym dźwiękiem, za którym się tęskni jest szum Pilicy i brzozowo-sosnowych lasów. Zapachem rozgrzany piasek w takim właśnie lesie, nasycony wiosną jagodami, poziomkami, a potem grzybami ukrytymi w znanych miejscach. Gdy tęskni się za widokiem wieży kościelnej – resztkami kocich łbów, ryneczkiem, a przede wszystkim za znanymi twarzami Ludzi, którzy pamiętają mnie z dzieciństwa. 





Za miejscem, w którym po tych samych, ale nie takich samych uliczkach biegali moi przodkowie w rozpoznanych 7 pokoleniach (o tylu wiem). Za miejscami, które kojarzą się z dzieciństwem, wczesną młodością, z Ludźmi, których już tam nie ma. I z tymi, których z radością spotykam na swojej przedborskiej drodze...








Na pewno ta część Przedborska to „ja” sentymentalne – skłonne do wzruszeń, do pochylania się nad kwiatkiem, słuchaniem głosów ptaków, uciekające chętnie w lasy, pola i łąki, bo tam najlepiej się odpoczywa i czuje. 


To też to „ja” lubiące degustowanie różnych smaków – chętnie gotujące, eksperymentujące w kuchni. Przykładające wagę do tego, by goście nie byli głodni. Poszukujące czegoś więcej, a i tak najchętniej wracające do tego co „moje” – kugla, kiszek ziemniaczanych, pagai, przedborskiego chleba – najlepszego na świecie! ciasta drożdżowego i wędlin – takich wprost z kotła, jeszcze ciepłych...

Wiele we mnie tego co wyniosłam stamtąd – wiele też tego co nabyłam po drodze. Ciągle jednak bardziej jestem PrzedborzAnką niż kimkolwiek innym. I mimo mego zauroczenia Śląskiem Cieszyńskim to ta przedborska nuta jest tą najbardziej moją… 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz