Kwestia zakorzenienia, pytań o to kim jesteśmy i skąd
jesteśmy to temat dysput naukowych, ale przede wszystkim element naszej
codzienności. Element stały aczkolwiek czasem tak bezdyskusyjny (co bywa złudne),
że o nim zapominamy. Pytanie, które jest w nas i obok nas - wpisane w pejzaż
naszego życia. Tak oczywiste, że zapominamy o nim. Nie dostrzegamy zmian, które
w nas następują. I często dopiero wówczas sięgamy w głąb siebie i pytamy –
który to raz w życiu – kim jestem?
Po moim „zaistnieniu” blogowym wielokrotnie musiałam
odpowiadać – dlaczego PrzedborzAnka, a nie CieszyniAnka? Co sprawia, że
bardziej we mnie gra miejsce, które opuściłam – zgodnie ze zmianą w dowodzie
tożsamości – 23 lata temu? Z prostych wyliczeń wynika, że więcej niż połowę
swojego życia spędziłam na pięknej (i to bardzo) Ziemi Cieszyńskiej. W
przestrzeni, która jest mi bliska, wśród Ludzi, od których doznaję mnóstwa
dobrych, ciepłych gestów, w tej kulturze „grającej” pięknymi tonami: międzykulturowymi,
historycznymi, bogatymi w tradycje. Jak się zatem nie zakochać w tym miejscu?
Jak nie oddać mu symbolicznie siebie przyjmując tożsamość? Jak można się nie
zakorzenić jednoznacznie? Nie chcieć założyć pięknego stroju, spojrzeć na
innych z góry Wzgórza Zamkowego i nie powiedzieć z dumą w głosie: jestem
CieszyniAnką!
No właśnie…
Można. Gdy w sercu najmilszym dźwiękiem, za którym się
tęskni jest szum Pilicy i brzozowo-sosnowych lasów. Zapachem rozgrzany piasek w
takim właśnie lesie, nasycony wiosną jagodami, poziomkami, a potem grzybami
ukrytymi w znanych miejscach. Gdy tęskni się za widokiem wieży kościelnej –
resztkami kocich łbów, ryneczkiem, a przede wszystkim za znanymi twarzami
Ludzi, którzy pamiętają mnie z dzieciństwa.
Za miejscem, w którym po tych samych, ale nie takich samych uliczkach biegali moi przodkowie w rozpoznanych 7 pokoleniach (o tylu wiem). Za miejscami, które kojarzą się z dzieciństwem, wczesną młodością, z Ludźmi, których już tam nie ma. I z tymi, których z radością spotykam na swojej przedborskiej drodze...
Za miejscem, w którym po tych samych, ale nie takich samych uliczkach biegali moi przodkowie w rozpoznanych 7 pokoleniach (o tylu wiem). Za miejscami, które kojarzą się z dzieciństwem, wczesną młodością, z Ludźmi, których już tam nie ma. I z tymi, których z radością spotykam na swojej przedborskiej drodze...
Na pewno ta część Przedborska to „ja” sentymentalne –
skłonne do wzruszeń, do pochylania się nad kwiatkiem, słuchaniem głosów ptaków,
uciekające chętnie w lasy, pola i łąki, bo tam najlepiej się odpoczywa i czuje.
To też to „ja” lubiące degustowanie różnych smaków – chętnie
gotujące, eksperymentujące w kuchni. Przykładające wagę do tego, by goście nie
byli głodni. Poszukujące czegoś więcej, a i tak najchętniej wracające do tego
co „moje” – kugla, kiszek ziemniaczanych, pagai, przedborskiego chleba –
najlepszego na świecie! ciasta drożdżowego i wędlin – takich wprost z kotła,
jeszcze ciepłych...
Wiele we mnie tego co wyniosłam stamtąd – wiele też tego co
nabyłam po drodze. Ciągle jednak bardziej jestem PrzedborzAnką niż kimkolwiek
innym. I mimo mego zauroczenia Śląskiem Cieszyńskim to ta przedborska nuta jest
tą najbardziej moją…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz