poniedziałek, 4 maja 2015

Rosyjskie (p)okazy


Być może ten mój post zostanie odczytany jako głos urobionej przez antyrosyjską koalicję kobiety. Bynajmniej jednak tak nie jest. Jest to raczej wpis będący efektem indywidualnego, jednostkowego doświadczania Rosji - zarówno przez czas miesiąca pobytu w ubiegłym roku, jak i teraz tych ponad 2 tygodni. Od razu też zaznaczam - nie traktuję w taki sposób wszystkich Rosjan i wszystkiego co rosyjskie. Opisy dotyczą konkretnych faktów, sytuacji i ludzi. Zapraszam zatem do wpisu, o tym co mnie w Rosji zaskakuje, napawa lękiem, a nawet chwilami przerażeniem. Czy słusznie - w odniesieniu do dwóch ostatnich emocji? Nie wiem - sami oceńcie ze swojej perspektywy...

Patrząc na to wszystko co się tu dzieje mam wrażenie, że uczestniczę w spektaklu - mającym na celu pokaz siły, determinacji. Każdy spektakl ma swoje charakterystyczne miejsca, atrybuty, toczy się zgodnie z ustalonym scenariuszem. Ma swoich głównych aktorów, ale i tych, którzy wchodzą na kilka chwil ze swoją sentencją lub choćby po to by coś wnieść/wynieść, zmienić, ot zagęścić sytuację lub odciągnąć uwagę od tego czego widzowie na chwilę widzieć nie powinni. Nie będę opisywała wszystkich szczegółów - to praca na wiele godzin, być może dni, by wszystko uporządkować i przedstawić precyzyjnie. Opiszę kilka scen, wątków, spostrzeżeń.

Służby mundurowe
To co różni ulice i różne miejsca naszych miast od Rosji to niesamowicie rozbudowane służby mundurowe. Nieustanne kontrole – część z nich jest dla mnie jasna – strach przed atakami terrorystycznymi. Inne działania służą nie wiadomo czemu, tzn. wiadomo, ale te mi się akurat nie podobają. Choćby metro – na każdej stacji, przy każdych ruchomych schodach jest mała przeszklona budka, w której siedzi kobieta (w Moskwie zdarzają się mężczyźni).Nic nie mówi, patrzy na schody z martwą twarzą. W pomieszczeniu ma tylko miejsce na pulpit, na którym są jakieś przyciski, są tam telefony. Po stacjach kręcą się umundurowane służby policji pilnującej – jak to się niestety okazało tylko teoretycznie – bezpieczeństwa pasażerów. Wszędzie kamery, monitoring. Informacje – nasze metro jest najbezpieczniejszym na świecie! No właśnie – pozory bezpieczeństwa i gra prawa z bezprawiem… W sytuacji okradzenia okazuje się, że nikt nie udzieli pomocy. Służby odsyłają jedne do drugich. Przekazują rozbrajające/przerażające informacje… O czym świadczy tekst: „proszę się nie martwić Pana dokumenty za 40 minut znajdą się na stacji metra XXX (innej niż ta gdzie zostały ukradzione i inna niż miała miejsce rozmowa). Na karty nie ma pan co liczyć”. Taka doinformowana policja! Każdy zakup karty telefonicznej jest rejestrowany – zajmuje to nawet koło 40 minut, trzeba podać wszystkie dane metrykalne, obcokrajowcy pokazać muszą kartę meldunkową co jest weryfikowane… Anonimowość? Nie, nie w tym kraju

Dzieci. Sebusiu chciałeś post o dzieciach... Inny problem,ale też z dzećmi w tle...
Chłopcy od 6 rano krzyczący pod moim oknem w odpowiedzi na komendy swojego przywódcy. Przykryci wielkimi czapkami, w których ich małe głowy wyglądały tragikomicznie. W dwóch szeregach, po dwudziestu w grupie. Dziesięciolatkowie z dziecinnymi, niewinnymi rysami twarzy, a obok rośli nastolatkowie - może po 17, może 18 lat. Głośne komendy opasłego komendanta. Równe wyćwiczone po wielokroć odpowiedzi. Zbiórka, śniadanie, wymarsz. Patrzyłam na nich z mojego pokoju na 3 piętrze. Widziałam dzieci oderwane od matek - są w tych szkołach od 10 roku życia. Dlaczego? Z biedy - bo szkoła z internatem daje całkowite zabezpieczenie i rodzice nie muszą się już martwić o nic - o jedzenie, ubranie, szkołę, mało tego, taki mały kadet dostanie jeszcze kieszonkowe... Z bezradności - bardzo często to samotne matki oddają swych synów, bo jak usłyszałam od menadżerki hotelu: to dobre rozwiązanie, chłopak ma dyscyplinę, nie zejdzie na złą drogę... Czasem to chęć by syn poszedł w ślady ojca - wojskowego, który już od początku projektuje mu lepszy start niż pozostałym kadetom. Moja koleżanka - na wpół Rosjanka na wpół Ukrainka jest zachwycona tym modelem wychowania. Widzi elegancko ubranych (w mundurach galowych) chłopców, wysportowanych, zdyscyplinowanych... Ja widzę dzieci, które podlegają tak mocnej indoktrynacji, że bez wahania za kilka lat wezmą do ręki pistolet i na rozkaz strzelą w wyznaczony cel. Pójdą bez zastanowienia tam, gdzie im każe przywódca, nie będą kwestionować żadnego polecenia, nie będzie w nich ani odrobiny zawahania... Na placu pod moim oknem było ich w sumie, w różnych grupach, może stu... Ilu ich jest w całej Rosji? Ilu chłopców zamiast bawić się beztrosko, gonić z innymi po podwórkach, czy grać w gry komputerowe ćwiczy musztrę, rzucanie granatem czy strzelanie do celu?  U nas też są klasy mundurowe w szkołach średnich - owszem, tyle, że są to klasy, w których nie ma wojskowego drylu, wyalienowania i wyizolowania dzieci z realnego świata...



 
Parada.
2 maja wybraliśmy się większą grupą (z naszymi znajomymi z Portugalii i Hiszpanii)w okolice Newskiego Prospektu. Zgodnie z opisem przesłanym przez jedną z goszczących nas Rosjanek - miała się odbyć w tym dniu, na brzegu Newy parada lodołamaczy. Zimno, deszczowo, ale jak atrakcja to atrakcja... Lodołamacze stały przy brzegu, tłumy ludzi stojących w kolejce by wejść na pokład. Jakoś nikogo z naszej grupy (zaznaczam  zdominowanej przez mężczyzn) to nie pociągało więc po obejściu nabrzeża udaliśmy się w kierunku stacji metra marząc o gorącej kawie. Po mieście non stop jeździły motory z flagami - dominowała grupa Rosyjskich Wilków. Nawet wspólnie zrobiliśmy sobie jakieś zdjęcie z kilkoma z nich nie wiedząc, że za jakiś czas dostarczą nam dodatkowych wrażeń. Rozgadani wyszliśmy z kawiarni. Manuel zauważył, że w pobliżu Ermitażu jest coraz bardziej gęstniejący tłum ludzi, widać milicjantów pilnujących porządku. Udaliśmy się zatem bliżej, by zerknąć co takiego tam się dzieje. Tutaj też szykowała się parada. Na przedzie samochody i motocykliści ubrani w stroje stylizowane na koniec II wojny światowej, Samochody z epoki. Doszliśmy do wniosku, że poczekamy - tym bardziej, że zajęłam strategiczne miejsce na schodach, z których było widać lepiej niż z innych miejsc. Czekanie się przedłużało, z daleka słychać było dziwny warkot, to rosnący to malejący. Wreszcie ruszyli. Przejechały samochody z epoki, a za nimi morze motorów... Przerażający warkot motorów, podkręcanych na maksa, by zadowolić wiwatujące tłumy. Smród, dym. Nie milknący łoskot przetaczających się dziesiątek pojazdów. Tak sobie pomyślałam wówczas, że tak chyba mogłaby wyglądać współczesna horda najeżdżająca na wieś, miasto, niszcząca wszystko w swoim szaleństwie podkręcanym adrenaliną i rosnącą agresją. Obserwowałam ludzi wokół - byliśmy chyba odosobnieni w swoim sceptycyzmie, braku aprobaty i zachwytu. Manuel z niedowierzaniem oglądający widowisko, Paulo kręcący film i komentujący sytuację i my - mający ochotę już pójść, ale zablokowani tłumem. A wokół zachwycona młodzież wpatrzona z podziwem w jeźdźców przebranych w drapieżne stroje, pędzących na swoich maszynach. Piszczące dziewczyny - podkręcające motocyklistów do większego "dania po garach"... 


 

Niby nic wielkiego, ale miałam wrażenie, że to kolejny spektakl pokazu siły. 

Kto jest jego odbiorcą i po co jest grany? Moja obecność jest tu przypadkowa i wolałabym by szybko  ten spektakl został zdjęty z afisza…

A tu jeszcze jedno zdjęcie - nie jest tak, że wszystko źle mi się kojarzy. Są po prostu takie chwile, gdy te skojarzenia są dominujące. Poniżej zdjęcie z "oswojonymi" przynajmniej na chwilę - Wilkami ;)

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz