sobota, 18 kwietnia 2015

Petersburskie przygody czas zacząć ;)

No i już…

Chyba jeszcze nigdy nie jechałam nigdzie z takim sceptycznym nastawieniem i obawami. Nie wiem co było/jest tego przyczyną – może wcześniejsze doświadczenia z pobytu TU miesiąc w ubiegłym roku? Zaostrzająca się sytuacja polityczna i siedzące z tyłu głowy wątpliwości czy, aby to dobry kierunek. Nakładające się z nieustannymi pytaniami od Znajomych, Przyjaciół, Rodziny: Nie boisz się… ? Do tego ten kolejny powrót w fazę wczesnego przedwiośnia – dla mnie wiecznego zmarzlucha wyglądającego z utęsknieniem oznak wiosny, czekającego na coraz mocniejsze słońce, cieszącego się z coraz wyższych temperatur kolejny powrót w taką fazę już nie-zimy a jeszcze nie-wiosny… A może to wszystko po trochu? Może to taka składanka drobnych negatywnych emocji budujących wachlarz sceptycyzmu. Jest jak jest. Od środy staram siebie sama nastawić inaczej…

 Mam przecież powody do czerpania radości z podróży. Pierwszym atutem, niewątpliwie największym i najmilszym jest moja Współtowarzyszka – nie wiem ile to już kilometrów wspólnie przelatałyśmy – cierpiąc na tą samą przypadłość – pilnowania pilota i powietrznej bezsenności. Miłe jest nawet to, że razem nam nie pomagają w przezwyciężeniu tego trunki (różnych próbowałyśmy w tych podniebnych okolicznościach przygody), mijające godziny i chrapiący w najlepsze współtowarzysze. Wspieramy się dzielnie licząc życzliwie, że Współtowarzyszka w końcu zaśnie a może i mnie w końcu łagodny Morfeusz czy chociaż Hypnos weźmie w ramiona…

Cieszę się na kolejne wspólne nasze zwiedzania - przemierzyłyśmy razem mnóstwo kilometrów na dwóch kontynentach (w tym roku podbijamy latem trzeci). Zdeptałyśmy mnóstwo tras znanych wszystkim turystom, ale obie tak samo lubimy zbaczać ze znanych ścieżek, planować coś z rozmysłem (tu Mistrzem jest Ewa) lub spowodować niespodziewany „zabłąd” (tu góruję ja) - i czerpać z tego poznawania świata przyjemność. W Petersburgu mamy jeszcze do obejrzenia kilka miejsc, w których nie byłyśmy, spojrzenia na miasto z góry, obejrzenia ogrodów (czynnych od 1 maja).

Na pewno będziemy wspólnie degustować klimat rosyjski – wracając do znanych smaków, poszukując nowych. Będziemy wieczorami snuć dywagacje na rozliczne tematy i tęsknić. Tęsknić będziemy ogromnie! Za Rodziną, Przyjaciółmi, znajomymi… ja jeszcze za swoimi zwierzakami, ale też za polskim klimatem - i tym związanym z aurą, jak i tym z Ludzkim ciepłem, bo co jak co, ale jedno i drugie w Rosji inne...
A więc zapraszam na wirtualne do- lub po- znawanie Rosji :) będą wpisy tematyczne, ale i takie spontaniczne o wszystkim, a więc o NAS

***

Zaczęłam pisać post (hmm nie wiem czy na blogu też tak sie to nazywa) zaraz po przyjeździe, ale tak wiele rzeczy się dzieje, że nie byłam w stanie go dokończyć. Ma to swoje plusy - miło otrzymywać listy od Przyjaciół z zapytaniami czy i jak jest, miło wiedzieć, że gdzieś tam jest Ktoś (w liczbie mnogiej czyli Ktosie;) czekający na wieści.

Po kolei zatem - zapewne wielu naszych Bliskich czekało z napięciem, czy przypadkiem któraś z nas znowu nie okaże się elementem podejrzanym i nie zostanie posądzona o kontrabandę. Na szczęście nie - ani ludzie ani zwierzęta (przynajmniej na granicy) nie posądziły nas o czyny karalne. Trochę z obawą czekałam na nasze bagaże,  w których sporą część spośród 23 kilogramów wagi zajmowały artykuły zabezpieczające nasz pobyt. Odetchnęłam z ulgą po otwarciu - z głodu nie pomżemy! Co rano i każdego wieczora ciepło myślimy o Oli i Jej Mężu, którzy z troską zadbali o nasze podniebienia, a do tych myśli dołączają się nasi czescy Partnerzy. No właśnie PARTNERZY - można mieć oczywiście różne skojarzenia z tym określeniem, które nieustannie w tych naszych wyjazdach się pojawia. Do tego po raz pierwszy tak mocno grupę zdominowali mężczyźni. Ma to swoje plusy, ale i w związku z tym zdarzają niespodziewane historie ;)

Jeszcze na lotnisku spotkałyśmy naszego zaprzyjaźnionego Profesora Jozefa wraz z towarzyszącym Mu Milanem, który dołączył nie dawno do projektu. Wiedziałyśmy, że w Jozefie mamy przedniego towarzysza i dyskusji naukowych, ale i do spędzania czasu wolnego. Miałyśmy nadzieję, że dzięki Niemu uda nam się zobaczyć Petersburg nocą (w ubiegłym roku bałyśmy się w dwójkę włóczyć nocami po mostach i ulicach miasta). Co do Milana u było więcej znaków zapytania, ale okazał się fantastycznym kompanem - do tego łamiącym totalnie stereotyp Czecha w zakresie np. wizerunku. Wieczory jak dotąd spędzamy wspólnie dyskutując o niuansach życia naukowego, ale też planując sobie czas wolny by coś wspólnie zwiedzić.
Wczoraj po południu poznałyśmy Partnerów z Hiszpanii. Najliczniejszy team z Extramadury liczy 6 osób - cztery poznałyśmy w roku ubiegłym, a w tym przyjechali dwaj panowie. Tu najbardziej byłam ciekawa jak też wygląda w realu ten Иглесиас - Enrique Iglesias! Kilka razy czytałam ten zapis po rosyjsku czy aby "bukwy" nie płatają mi figla zestawiając się w znane nazwisko. Enrique okazał się miłym starszym panem - synem - tu uwaga nie jest to bynajmniej żart - Julio Iglesiasa :) Jak nam powiedział tak na prawdę to on (ponieważ jest starszy) jest tym prawdziwym Enrique Iglesiasem, a ten drugi to już podróbka ;) Ciekawy zbieg okoliczności. W każdym razie Enrique dostarczył nam sporej dawki emocji i to bynajmniej nie ze względów na swoje pochodzenie czy umiejętności wokalne...

Ponieważ spotkaliśmy się w siódemkę wieczorem spontanicznie powstał pomysł, by się wybrać na wieczorne zwiedzanie Peresburga. O walorach widokowych napiszę później...  W każdym razie pojechaliśmy metrem do miasta, tam poszliśmy ze stacji Gostinnyj Dwor w kierunku Ermitażu, a potem w planach na Wsiljewską Wyspę. Klimat niestety przez ten rok w Petersburgu nie zmienił się - w dalszym ciągu stoję na stanowisku, że autor powiedzenia "piździ jak w kieleckim" nigdy nie opuścił pięknej ziemi świętokrzyskiej lub nieświadomie użył określenia "piździ" na opis lekkiego zefirku, który chwilami może być uznany na dokuczliwy. Tymczasem tu wiatr jest tak przenikliwy, że mimo kilku warstw ubrania ma się wrażenie, że chce dotknąć każdego zakamarka ciała  - przynajmniej o tej porze roku. Doszliśmy na rozświetlający się dla nas jak na zawołanie mostu i większość z nas uznała (zwłaszcza patrząc na Enriqua), że czas gdzieś usiąść, napić się czegoś ciepłego i wrócić do hotelu. Milan i Enrigue są palaczami więc po drodze od czasu do czasu zanurzali się w rozmowie po niemiecku i chmurze dymu, a my nadawaliśmy tempo grupie wypatrując jakiegoś lokalu (bynajmniej nie tego tak mile kojarzącego się z Pragą...), w którym ceny nie poraża nas na wejściu. W efekcie trafiliśmy do naszej ulubionej pirogarni, w której nic poza ostatnim pirogiem i gorącą herbatą już nie serwowano... Obsługa wyraźnie była zdegustowana, że wchodzimy o tej porze (21.40) i pani kelnerka w pewnym momencie pokazała nam 2 palce (całe szczęście dwa!) informując, że TYLE mamy minut (Po uśmiechu posłanym w jej kierunku przez Milana dorzuciła trzeci wysyłając mu promienny uśmiech, w którym ku jego zaskoczeniu pokazała 2 złote zęby). Dopiliśmy zatem herbatkę i grzecznie poszliśmy w kierunku stacji metra. Palacze znowu zostali z tyłu... Weszłam do środka by doładować kartę na przejazdy. Po chwili dołączyli do nas Jozef i Manuel i okazało się, że nigdzie nie ma pozostałych dwóch Panów. Czekaliśmy na stacji, wyszliśmy sprawdzić na zewnątrz... w końcu rozdzieliliśmy się Jozef zjechał schodami niżej tam ich szukać (w polskim znaczeniu tego słowa, czyli jak na Czecha przystało hledal ich tam), a my jeszcze na górze. Minęło kilka minut i niestety sytuacja była bez zmian, więc dołączyliśmy do Jozefa, by poszukiwania robić wspólnie i nie rozbijać grupy na mniejsze elementy, bo tak naprawdę tylko my z Ewą dobrze znałyśmy drogę, a dla Hiszpanów to była pierwszy raz przemierzana trasa metrem...

Napięcie rosło... bo raz, że obaj w obcym mieście, dwa noc, trzy przejazd dosyć skomplikowany bo z przesiadką a stamtąd 15 minut drogi na pieszo, a nie wiedzieliśmy czy znają adres... Nawzajem się pocieszaliśmy, że w następnym punkcie na pewno ich spotkamy... Tymczasem jednak coraz bardziej rzedły nam miny. Wywoływany na Skype Enriqe milczał... Punkt krytyczny osiągnęliśmy na naszym Obwodnym Kanale, gdzie niestety też ich nie było. Szliśmy do hotelu w grobowym milczeniu bojąc się nakręcania jeszcze bardziej strachu, a my z Ewą pokładałyśmy nadzieję w rezolutnym i władającym biegle językiem rosyjskim Milanie... Niemal wbiegliśmy do naszego budynku za Manuelem, który zaczął walić w drzwi swojego współtowarzysza, a w tym samym momencie z góry zbiegł Millan... Okazało się, że nas nie zauważyli... Zjechali metrem, a potem - Milan widząc zmęczenie starszego Kolegi - postanowił jechać do hotelu... Nie wiem co takiego Manuel przekazał Enriqu, w każdym razie język hiszpański nawet tak burzliwy jest niezwykle melodyjny i bardzo mi się podoba. Mniej chyba podobał się w tym momencie Enriqe, który się grzecznie pożegnał i poszedł do swojego pokoju. Długo schodziły z nas emocje dostarczone przez Enriqe Iglesiasa i Milana...


Morał z tej historii jest jednoznaczny - NAŁÓG BYWA ZGUBNY, bo gdyby nie ciągoty palaczy by wzbogacić swoje płuca smolistymi związkami nie zgubiliby się nam na pewno.

Przepraszam za brak zdjęć. W kolejnym poście nadrobię ;)

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz