tym razem zamęczam już tylko tych zainteresowanych ;)
Wprawdzie dostałam tematy do (o)pisania od Sebastiana, ale na razie są to zbyt poważne kwestie by je przedstawić po kilku zaledwie dniach...Chciałam Wam przedstawić kilka zdziwień - sytuacji, zwyczajów i tego co mnie zaskoczyło i zaskakuje na tym odkrywanym przez nas kontynencie ;)
Przypadek pierwszy - ruch uliczny. Byłam kilka razy w Londynie i szczerze Wam powiem, że nigdy nie miałam takich kłopotów jak tu. Być może tam moje przemieszczanie się miało nieco inny charakter - w miejscach wyznaczonych światłami ulicznymi, w tłoku niosącym od miejsca A do miejsca B. Tu jest inaczej - szerokie (2-3 pasy w jedną stronę) należy przeciąć w miejscu oznaczonym nawet nie "euoropejską zebrą" a jedynie obniżonym krawężnikiem. Ale to nic! Najważniejsze jest, że zamiast tak jak we wszystkich cywilizowanych krajach spojrzeć w prawo, spojrzeć w lewo i znowu w prawo tu jest na odwrót! Pamiętam o tym - a jakże, ale i tak w połowie przechodzenia przez drogę obawiam się, że z prawej strony cos nadjedzie i uderzy, a tu przecież tak na prawdę wróg (czyli jakiś szalony kierowca) może uderzyć z lewej... Masakra. Do tego auta i autobusy, które ma się wrażenie, że są bez kierowców...
Przypadek drugi - moja chińska rodzina i jej szalone zwyczaje... Ze zdziwieniem (i niesmakiem) zauważyłam dwa dni temu, że chiński tata będąc na placyku przed domem wchodzi za węgieł i... sika na swój dom. Sytuacja powtarza się systematycznie - dodam, że w sumie rzadko siedzę w dzień przy komputerze, ale było to kilka razy. Dobiło mnie jednak dzisiejsze rano, gdy po powrocie z zakupów (wskaźnik wielkie torby wnoszone do domu) chińska mama poszła w to samo miejsce... Czy zatem człowiek może wyjść z dżungli, ale dżungla z niego nie wyjdzie nigdy?? Chyba sobie przestawię biurko spod okna nie czekając na widok ich synów wykonujących te same czynności... (w załączeniu zdjęcie domu widzianego z mojego okna - WC pod chmurką za koszem ze sklepu)
Przypadek trzeci - "mowa" ptaków i nie tylko. Spotykamy sporo nieznanych mi gatunków. Jednak najbardziej zawsze mnie zaskakuje głos jakichś krukowatych - biało-czarnych ptaków (bardziej jednak z budowy podobnych do gawronów niż do srok). Mówią przedziwnie - ni to jak dzieci, ni to jak miauczące dziko koty. Podobnie chyba jak z tym angielskim wokół - nigdy nie słyszałam aż tylu odmian, melodyk i sposobu mówienia jak tu - angielski-chiński, angielski-hinduski, angielski-malezyjski i sama nie wiem jak wiele różnych innych angielskich może być, ale tu je na pewno można usłyszeć. Aha - biorą nas ciągle za francuski - i podejrzewam, że to efekt właśnie tego jak operujemy angielskim ;)
Może jak na pierwsze "zdziwienia" wystarczy ;)
Jako dodatek relacja - tym razem fotograficzna z Fremantle - uroczego miasteczka, do którego na pewno wrócimy
Pozdrawiam serdecznie w imieniu własnym i Ewy :)
Ania
https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/Fremantle?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIDum4aStJiuzAE&feat=directlink
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz