poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Piątkowe z(a)dziwienie


Jak zapewne wiecie dziś piątek, a jak piątek to czas na kolejne z(a)dziwienia. 

Wielbicielki odcinków z romansem (czy aby na pewno z?) w tle muszą poczekać, ponieważ niespodziewane zdarzenia z pogranicza sensacji i horroru zmuszają mnie do wstrzymania się z opisem. Czekam na dalszy rozwój wypadków w temacie: Ania i Ewa pod jednym dachem z czterema facetami… (dla podtrzymania uwagi w temacie kilka pytań podgrzewających napięcie: Czy Ewa i Ania mogą bezpiecznie korzystać z kuchni? Kto się boi czarnego wtorku i co on przyniesie? Kto pozostanie dalej w spokojnym kiedyś domku przy 176 Hill Road Terrace?)

A teraz nie mitrężąc już czasu kolejny odcinek w temacie z(a)dziwień.

Z(a)dziwienie jest zawsze związane z pewnym odczuciem emocjonalnym. Zestawieniem własnych, dotychczasowych doświadczeń z czymś odczuwanym jako nowe w odniesieniu do sytuacji, które traktujemy jako typowe, naturalne. Każdy z nas ma więc własne z(a)dziwnienia – i to co dla jednego jest typowe, dla drugie może być z(a)dziwiające. I w ten sposób dochodzimy do pętli z(a)dziwnia czyli tego, że może nas z(a)dziwiać cudze z(a)dziwnie… Tyle na temat mojej własnej autorskiej teorii z(a)dziwień. 

Przejdźmy do opisu – tym razem podzieliłam je na kategorie (jak widzicie nieco się rozwijam).

Kategoria: Ludzie – temat: sposób bycia – najbardziej miłe z zadziwień, doświadczane często w zwykłych sytuacjach bycia wśród ludzi. Kierowcy autobusów, panowie remontujący drogę, sprzedawcy, sekretarki, obsługa parków (wszelkich szczebli) – wszyscy, których spotykasz na swojej drodze, a oni wykonują pracę uśmiechają się, zagadują i chcą pomóc. To jest dla mnie ciągle niesamowite i bardzo miłe… Wsiadamy do autobusu, kupujemy bilet, a kierowca praktycznie zawsze pyta skąd jesteśmy, kiedy wracamy (bo może zdążymy na tym samym bilecie), wyciąga ulotki by nam pokazać trasę, a gdy wysiadamy macha nam na pożegnanie. Wczoraj, gdy jechałyśmy, z przesiadką do Whiteman Parku kierowca wyszedł z autobusu (kończył pracę), dopytał gdzie jedziemy, przyniósł nam rozkład jazdy, pokazał gdzie mamy pójść w drodze powrotnej, a dodatkowo rozpytywał o powód przyjazdu. Gdy dowiedział się, że mieszkamy na Curtin Uniwersity ucieszył się – bo jak stwierdził to jego trasa więc może się spotkamy… Nie są to grzeczności wpisane w ich obowiązki służbowe ani sztuczne uśmiechy, ale autentycznie niezwykle życzliwe podejście do drugiego człowieka. Pod tym względem Petersburg był biegunem zimna tu jest biegun ciepła... 

Kategoria – zawodowe: temat nie/oficjalność – pracujemy w podobnej (czyt. takiej samej) firmie, mamy podobne (czyt. takie same) zadania do realizacji. Studenci są podobni (czyt. tacy sami), rozliczanie z punktów, pisanie, nacisk na granty… Mniej jednak tutaj rzeczy formalnych i takich, które u nas są nie do przeskoczenia bez pieczątek, zgód, zamówień… a tu - od tak - na pstrykniecie palcem. Dostałyśmy zaproszenie na poranną herbatę z pracownikami i dziekanem. Nastawiłyśmy się zatem na formalne, oficjalne spotkanie. Tymczasem spotkanie było w najbardziej uczęszczanym miejscu (przy sekretariacie, który jest przy windzie, pomieszczenie otwarte (bez ściany). Tam panie pokroiły ciasto, nalały sok do plastikowych kubeczków, a dziekan nas powitał, powiedział swoim pracownikom kilka zdań o naszej obecności. Pochwalił Tomayess i Theodorę, że to ich zasługa, bo realizują grant (tu brawa) i… kazał się wszystkim poczęstować ciastem. Ludzie wjeżdżający na górę windą byli zapraszani na ciasto (bez względu czy to pracownik sekretariatu, osoba roznosząca pocztę czy pracownik naukowy). Kolejne osoby do nas dochodziły, rozmawiali między sobą, odchodzili na zajęcia (wszystko na stojąco)… Zero sztywnej oficjalności, dużo za to sympatii i wrażenia, że spotykasz się w gronie ludzi, którzy się lubią, znają i wprawdzie są tu w pracy – do której zaraz wracają, ale nie powoduje to jakiegoś napięcia… 

Kategoria – zawodowe – temat warunki pracy. Jak wiecie zaraz po przylocie dostałyśmy tu swoje pokoje. Wyrobiono nam identyfikatory (ze zdjęciem;) i dzięki nim mamy takie same możliwości korzystania z różnych rzeczy jak wszyscy pracowni (np. ksero). Dzisiaj drukowałyśmy materiały do polskiej szkoły. Po perypetiach z pierwszym uruchomieniem sprzętu i puszczeniem drukowania wszystko przebiegało sprawnie. Pobiegłam zatem do sekretarki Rachel po zszywacz. Stwierdziła, że oczywiście może mi pożyczyć, ale po co?  Przecież jest specjalne miejsce, gdzie jest wszystko co może być potrzebne… I zaprowadziła mnie do otwartego na oścież pokoju, w którym na półkach były wszelkie możliwe materiały biurowe – cale pudło zszywaczy, różne papiery, karteczki, mazaki, kredki, długopisy… Z pudła wyciągnęła kilka zszywaczy, obejrzała, które działają i dała (pytając czy tylko dla mnie czy dla Ewy też). Powiedziała, że jak nie będę już używała to mogę tu wrzucić z powrotem, ale mogę to zrobić kiedy zechcę… Pomyślałam o naszych zamówieniach publicznych, SAP-ach, ZAMUŚach, kołomyjach by zamówić ryzę papieru czy 2 długopisy…. Naszych wygibasach przy organizacji konferencji by nie trzeba było kupować czegoś drogą służbową, bo raz, że droższe, dwa gorszej jakości… A tu proszę – takie z(a)dziwienie…

Na dzisiaj wystarczy, bo zanudzam Was już pewnie na śmierć :)

Pozdrawiam i uśmiecham się do Was bardzo ciepło zza wielkich wód i licznych lądów

Zasyłam pozdrowienia od Ewuni

Ania – czasowo oddelegowana do krainy kangurów

Ps. Padło pytanie – czy moja chińska rodzina ma już naprawioną spłuczkę ;) ponieważ jest to związane z poprzednimi z(a)dziwieniami – odpowiadam NIE. Toaleta pod chmurką cieszy się wzięciem, a moja big-bratherowa obecność w niczym nie przeszkadza.

Dla tych, którzy nie widzieli zdjęć z naszego pobytu w Parku Wildlife - a lubią oglądać zwierzaki i przyrodnicze okazy (my się z Ewą zaliczamy trochę do jednego i trochę do drugiego więc też na niektórych zdjęciach jesteśmy) - załączam link: https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/WildlifePark?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIj5v92akaHHmAE&feat=directlink

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz