Jak zapewne wiecie dziś piątek, a jak piątek to czas na kolejne z(a)dziwienia.
Wielbicielki odcinków z romansem (czy aby na pewno z?) w tle muszą poczekać, ponieważ niespodziewane zdarzenia z pogranicza sensacji i horroru zmuszają mnie do wstrzymania się z opisem. Czekam na dalszy rozwój wypadków w temacie: Ania i Ewa pod jednym dachem z czterema facetami… (dla podtrzymania uwagi w temacie kilka pytań podgrzewających napięcie: Czy Ewa i Ania mogą bezpiecznie korzystać z kuchni? Kto się boi czarnego wtorku i co on przyniesie? Kto pozostanie dalej w spokojnym kiedyś domku przy 176 Hill Road Terrace?)
A teraz nie mitrężąc już czasu kolejny odcinek w temacie z(a)dziwień.
Z(a)dziwienie
jest zawsze związane z pewnym odczuciem emocjonalnym. Zestawieniem
własnych, dotychczasowych doświadczeń z czymś odczuwanym jako nowe w
odniesieniu do sytuacji, które traktujemy jako typowe, naturalne. Każdy z
nas ma więc własne z(a)dziwnienia – i to co dla jednego jest typowe,
dla drugie może być z(a)dziwiające. I w ten sposób dochodzimy do pętli
z(a)dziwnia czyli tego, że może nas z(a)dziwiać cudze z(a)dziwnie… Tyle
na temat mojej własnej autorskiej teorii z(a)dziwień.
Przejdźmy do opisu – tym razem podzieliłam je na kategorie (jak widzicie nieco się rozwijam).
Kategoria: Ludzie
– temat: sposób bycia – najbardziej miłe z zadziwień, doświadczane
często w zwykłych sytuacjach bycia wśród ludzi. Kierowcy autobusów,
panowie remontujący drogę, sprzedawcy, sekretarki, obsługa parków
(wszelkich szczebli) – wszyscy, których spotykasz na swojej drodze, a
oni wykonują pracę uśmiechają się, zagadują i chcą pomóc. To jest dla
mnie ciągle niesamowite i bardzo miłe… Wsiadamy do autobusu, kupujemy
bilet, a kierowca praktycznie zawsze pyta skąd jesteśmy, kiedy wracamy
(bo może zdążymy na tym samym bilecie), wyciąga ulotki by nam pokazać
trasę, a gdy wysiadamy macha nam na pożegnanie. Wczoraj, gdy jechałyśmy,
z przesiadką do Whiteman Parku kierowca wyszedł z autobusu (kończył
pracę), dopytał gdzie jedziemy, przyniósł nam rozkład jazdy, pokazał
gdzie mamy pójść w drodze powrotnej, a dodatkowo rozpytywał o powód
przyjazdu. Gdy dowiedział się, że mieszkamy na Curtin Uniwersity
ucieszył się – bo jak stwierdził to jego trasa więc może się spotkamy…
Nie są to grzeczności wpisane w ich obowiązki służbowe ani sztuczne
uśmiechy, ale autentycznie niezwykle życzliwe podejście do drugiego
człowieka. Pod tym względem Petersburg był biegunem zimna tu jest biegun
ciepła...
Kategoria – zawodowe:
temat nie/oficjalność – pracujemy w podobnej (czyt. takiej samej)
firmie, mamy podobne (czyt. takie same) zadania do realizacji. Studenci
są podobni (czyt. tacy sami), rozliczanie z punktów, pisanie, nacisk na
granty… Mniej jednak tutaj rzeczy formalnych i takich, które u nas są
nie do przeskoczenia bez pieczątek, zgód, zamówień… a tu - od tak - na
pstrykniecie palcem. Dostałyśmy zaproszenie na poranną herbatę z
pracownikami i dziekanem. Nastawiłyśmy się zatem na formalne, oficjalne
spotkanie. Tymczasem spotkanie było w najbardziej uczęszczanym miejscu
(przy sekretariacie, który jest przy windzie, pomieszczenie otwarte (bez
ściany). Tam panie pokroiły ciasto, nalały sok do plastikowych
kubeczków, a dziekan nas powitał, powiedział swoim pracownikom kilka
zdań o naszej obecności. Pochwalił Tomayess i Theodorę, że to ich
zasługa, bo realizują grant (tu brawa) i… kazał się wszystkim
poczęstować ciastem. Ludzie wjeżdżający na górę windą byli zapraszani na
ciasto (bez względu czy to pracownik sekretariatu, osoba roznosząca
pocztę czy pracownik naukowy). Kolejne osoby do nas dochodziły,
rozmawiali między sobą, odchodzili na zajęcia (wszystko na stojąco)…
Zero sztywnej oficjalności, dużo za to sympatii i wrażenia, że spotykasz
się w gronie ludzi, którzy się lubią, znają i wprawdzie są tu w pracy –
do której zaraz wracają, ale nie powoduje to jakiegoś napięcia…
Kategoria – zawodowe
– temat warunki pracy. Jak wiecie zaraz po przylocie dostałyśmy tu
swoje pokoje. Wyrobiono nam identyfikatory (ze zdjęciem;) i dzięki nim
mamy takie same możliwości korzystania z różnych rzeczy jak wszyscy
pracowni (np. ksero). Dzisiaj drukowałyśmy materiały do polskiej szkoły.
Po perypetiach z pierwszym uruchomieniem sprzętu i puszczeniem
drukowania wszystko przebiegało sprawnie. Pobiegłam zatem do sekretarki
Rachel po zszywacz. Stwierdziła, że oczywiście może mi pożyczyć, ale po
co? Przecież jest specjalne miejsce, gdzie jest wszystko
co może być potrzebne… I zaprowadziła mnie do otwartego na oścież
pokoju, w którym na półkach były wszelkie możliwe materiały biurowe –
cale pudło zszywaczy, różne papiery, karteczki, mazaki, kredki,
długopisy… Z pudła wyciągnęła kilka zszywaczy, obejrzała, które działają
i dała (pytając czy tylko dla mnie czy dla Ewy też). Powiedziała, że
jak nie będę już używała to mogę tu wrzucić z powrotem, ale mogę to
zrobić kiedy zechcę… Pomyślałam o naszych zamówieniach publicznych,
SAP-ach, ZAMUŚach, kołomyjach by zamówić ryzę papieru czy 2 długopisy….
Naszych wygibasach przy organizacji konferencji by nie trzeba było
kupować czegoś drogą służbową, bo raz, że droższe, dwa gorszej jakości… A
tu proszę – takie z(a)dziwienie…
Na dzisiaj wystarczy, bo zanudzam Was już pewnie na śmierć :)
Pozdrawiam i uśmiecham się do Was bardzo ciepło zza wielkich wód i licznych lądów
Zasyłam pozdrowienia od Ewuni
Ania – czasowo oddelegowana do krainy kangurów
Ps.
Padło pytanie – czy moja chińska rodzina ma już naprawioną spłuczkę ;)
ponieważ jest to związane z poprzednimi z(a)dziwieniami – odpowiadam
NIE. Toaleta pod chmurką cieszy się wzięciem, a moja big-bratherowa
obecność w niczym nie przeszkadza.
Dla
tych, którzy nie widzieli zdjęć z naszego pobytu w Parku Wildlife - a
lubią oglądać zwierzaki i przyrodnicze okazy (my się z Ewą zaliczamy
trochę do jednego i trochę do drugiego więc też na niektórych zdjęciach
jesteśmy) - załączam link: https://picasaweb.google.com/100191643195325779645/WildlifePark?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIj5v92akaHHmAE&feat=directlink
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz